Book: Rozmowy z M.



7 maja 1970 r.


Rozmówca: Nasze codzienne doświadczenie jest tego rodzaju: gdy się budzimy, nagle pojawia się świat. Skąd się to bierze?


Maharaj: Zanim się coś pojawi, musi istnieć ktoś, komu się to pojawi. Wszelkie pojawianie się i zanikanie zakłada zmianę w stosunku do jakiegoś stałego podłoża.


R: Zanim się przebudziłem, byłem nieświadomy.


M: Jak pan to rozumie? Czy doznanie uleciało nagle z pamięci, czy też był pan nieświadomy własnego doznania? A może jest tak, że miewa pan doznania nawet w stanie nieświadomości? Czy może pan istnieć bez doznawania? Czy jakaś luka w pamięci może być dowodem pana nieistnienia? A czy w ogóle może pan poważnie mówić o swoim nieistnieniu jako o faktycznym stanie? Przecież nie ma pan żadnej podstawy do stwierdzenia, że pański umysł nie istniał. Czyż nie obudził się pan, gdy pana zawołano? Czyż nie pierwsze pojawiło się po przebudzeniu poczucie „jestem"? Jakiś element świadomości musi istnieć zarówno podczas snu, jak i podczas omdlenia. Przy budzeniu się występuje poczucie „jestem-ja-ciało-w-świecie". Choć może wydawać się, że te człony następują po sobie kolejno, pojawiają się one jednocześnie. Czy mogłoby powstać owo „jestem", gdyby nie było tej czy innej osoby?


R: Jestem zawsze kimś, kto posiada wspomnienia i nawyki. Żadnego innego „jestem" nie znam.


M: A może istnieje coś, co przeszkadza panu w poznaniu? Co pan czyni, nie wiedząc czegoś, co wiedzą inni?


R: Próbuję dotrzeć do źródeł ich wiedzy, kierując się ich wskazówkami.


M: A czy nie jest dla pana ważne wiedzieć, czym pan jest w istocie - ciałem tylko, czy czymś innym? A może w ogóle niczym? Czy nie zdaje pan sobie sprawy, że wszystkie pańskie problemy są problemami ciała; chodzi o pożywienie, odzież, mieszkanie, rodzinę, przyjaciół, imię, sławę, bezpieczeństwo, zachowanie życia itd. Wszystko to może stracić znaczenie, gdy uświadomi pan sobie, że nie jest tylko ciałem.


R: Jaką korzyść mógłbym mieć z uświadomienia sobie, że nie jestem ciałem?


M: Nawet powiedzenie, że nie jest pan ciałem, nie jest w pełni prawdziwe. W pewnym sensie jest pan wszystkimi ciałami, sercami, umysłami i znacznie więcej jeszcze. Niech pan wniknie głęboko w treść owego „jestem", to się pan przekona. Jak odnajduje pan rzecz, którą zapodział pan gdzieś lub zapomniał? Myśli pan o niej tak długo, aż przyjdzie do pana. Tak i sens owego „jestem" winien pojawić się najpierw. Niech pan się zastanowi, skąd owo „jestem" się bierze albo po prostu spokojnie je obserwuje. Gdy umysł zatrzyma się w bezruchu na owym „jestem", doświadczy pan stanu, którego nie można zwerbalizować. Trzeba wytrwale próbować. „Jestem" przebywa przecież w panu bez przerwy, ale dodał pan do niego przeróżne rzeczy: ciało, uczucia, myśli, pojęcia, zewnętrzne i wewnętrzne własności itd. Utożsamianie się z tym wszystkim jest pomyłką. Uważa więc pan siebie za coś, czym pan nie jest.


R: A więc czym jestem?


M: Wystarczy wiedzieć, czym pan nie jest. Nie musi pan wiedzieć, czym pan jest. Dopóki wiedza oznacza opis w terminach tego, co postrzeżeniowo lub pojęciowo jest już znane, dopóty niemożliwe jest samopoznanie. Tego bowiem, czym pan jest, nie można opisać inaczej jak przez zupełne zaprzeczenie. Jedyne, co może pan stwierdzić, to „nie jestem tym, nie jestem tamtym". Nie można sensownie orzec: „oto, czym jestem". To, co może pan wskazać jako „to" lub „tamto", nie może być panem. Nie może pan również być „czymś innym". Nie jest pan niczym postrzegalnym czy wyobrażalnym. A jednak bez pana nie może być ani postrzegania, ani wyobrażania sobie. Obserwuje pan jak czuje serce, myśli umysł, porusza się ciało. Sam akt postrzegania wskazuje, że nie jest pan tym, co pan postrzega. Czyż bez pana może istnieć percepcja i doświadczenie? Doświadczenie musi do kogoś „przynależeć". Musi być ktoś, kto je uzna za swoje własne. Bez podmiotu doświadczającego nie ma doświadczenia. To podmiot doświadczający nadaje realność doświadczeniu. Jaką wartość miałoby dla pana doświadczenie, którego nie może pan przeżyć?


R: Czy poczucie, że jestem osobą doświadczającą i poczucie, że „jestem", nie stanowią również doświadczenia?


M: Oczywiście, każde doświadczenie jest doświadczeniem. I we wszelkim doświadczeniu występuje podmiot doświadczenia. Wprawdzie pamięć stwarza złudzenie ciągłości, ale naprawdę każde doświadczenie ma swój własny podmiot doświadczający, a poczucie identyczności bierze się ze wspólnego czynnika leżącego u podstaw każdej relacji: podmiot doświadczający - doświadczenie. Tożsamość i ciągłość nie są tym samym. Tak jak każdy kwiat ma swoją barwę, ale przyczyną wszystkich barw jest to samo światło, tak i różne przedmioty doświadczenia pojawiają się w nierozdzielonej, niepodzielnej świadomości - odrębne w pamięci, identyczne w swej istocie. Ta istota jest korzeniem, podstawą, pozaczasową i pozaprzestrzenną „możliwością" każdego doświadczenia.


R: Jak to osiągnąć?


M: Nie potrzebuje pan tego osiągać, to już jest panu dane. Samo przyjdzie do pana, jeśli da mu pan szansę. Niech się pan wyzbędzie przywiązania do tego, co nierzeczywiste, a wówczas rzeczywiste szybko i łatwo pojawi się na swoim miejscu. Niech pan przestanie wyobrażać sobie, że jest pan tym lub tamtym, że to lub owo pan czyni, a zaświta w panu świadomość, że jest pan źródłem i duszą wszystkiego. Wtedy nastanie w panu wielka miłość - poza wyborem, upodobaniem czy przywiązaniem - miłość — potęga, która sprawia, że wszystko staje się jej godne i kochane.


9 maja 1970 r.


Rozmówca: Siedzi pan przede mną, a ja u pana stóp. Na czym polega zasadnicza różnica między nami?


Maharaj: Nie ma zasadniczej różnicy.


R: A jednak jakaś różnica musi być, skoro ja przychodzę do pana, a nie pan do mnie.


M: To pan wyobraża sobie różnicę i dlatego krąży tu i tam w poszukiwaniu „niepospolitych" ludzi.


R: Pan jest właśnie taką niepospolitą osobą. Przypisuje pan sobie znajomość rzeczywistego bytu, podczas gdy ja go nie znam.


M: Czy kiedykolwiek twierdziłem, że pan go nie zna i z tego powodu stoi niżej ode mnie? Ci, którzy wymyślili tego rodzaju zróżnicowanie, niechaj je udowodnią. Nie twierdzę, że wiem coś, czego pan nie wie. Na pewno wiem znacznie mniej od pana.


R: Słowa pańskie są mądre, postawa - szlachetna, uprzejmość - doskonała.


M: Nic o tym wszystkim nie jest mi wiadomo i nie dostrzegam żadnej pomiędzy nami różnicy. Życie moje to ciąg wydarzeń, tak samo jak u pana. Tylko, że ja nie jestem zaangażowany i patrzę na przemijające widowisko, jak na przemijające widowisko, podczas gdy pan tkwi uczepiony rzeczy i daje się nimi kierować.


R: Co uczyniło pana tak zobojętniałym?


M: Nic szczególnego. Zdarzyło się, że zaufałem swemu Nauczycielowi. Powiedział mi, że nie jestem nikim innym tylko sobą, a ja mu uwierzyłem. Ufając Mu, rozpocząłem odpowiedni tryb życia i przestałem dbać o to, co nie stanowiło mego „ja" ani nie było moje.


R: Dlaczego miał pan szczęście w pełni zaufać swemu nauczycielowi, a nasze zaufanie jest powierzchowne?


M: Któż to wie? Po prostu tak się wydarzyło. Rzeczy zdarzają się bez przyczyny i bez racji. A zresztą, czy ma znaczenie, jaki kto jest? Pańska dodatnia opinia o mnie jest tylko pańską opinią. W każdej chwili może ją pan zmienić. Po co przywiązywać wagę do opinii, nawet do własnych?


R: A jednak pan odbiega od innych ludzi. Pan zdaje się być zawsze spokojny i szczęśliwy. I dzieją się wokół pana rzeczy cudowne.


M: Nic mi nie wiadomo o cudach i wątpię, czy przyroda dopuściłaby do takich odchyleń od swoich praw. Chyba że zgodzimy się, że wszystko jest cudem. Jednakże według mnie niczego takiego nie ma. Istnieje świadomość, w której wszystko się wydarza. Jest to zupełnie oczywiste i każdemu dane w doświadczeniu. Pan po prostu nie patrzy dość uważnie. Niech pan dobrze patrzy i dostrzeże to, co ja widzę.


R: A co pan widzi?


M: To, co ja widzę, mógłby i pan zobaczyć, tu i teraz, gdyby pan nie koncentrował błędnie swej uwagi. Pan nie troszczy się dostatecznie o siebie samego. Cały pański umysł pochłonięty jest rzeczami, ludźmi, ideami - nigdy panem samym. Niech pan siebie ustawi w centrum uwagi i zda sobie sprawę z własnego istnienia. Niech pan się przyjrzy swemu postępowaniu, niech pan ustali motywy i skutki własnego działania. Musi pan poznać więzienie, które niebacznie wzniósł pan wokół siebie. Przez ustalenie czym pan nie jest, dojdzie pan do samopoznania. Droga powrotu do siebie prowadzi przez odmowę i odrzucenie. Jedno jest pewne: to, co rzeczywiste, nie jest dziełem wyobraźni ani tworem umysłu. Nawet owo „jestem" nie jest czymś trwałym, chociaż stanowi użyteczną wskazówkę. Wskazuje gdzie należy szukać, nie zaś czego szukać. Wystarczy dobrze patrzeć. Gdy się pan przekona, że poza stwierdzeniem „jestem" niczego więcej zgodnego z prawdą powiedzieć pan o sobie nie może i że nic, na co można by wskazać, nie jest panem, owo „jestem" przestanie być ważne i nie będzie pan już odczuwał potrzeby wyrażania słowami, czym pan jest. Jedyne, czego panu trzeba, to wyzbycie się tendencji do samookreślania. Wszystkie określenia odnoszą się tylko do pańskiego ciała i jego przejawów, a gdy minie pańska natrętna identyfikacja z ciałem, znajdzie się pan automatycznie i bez wysiłku w swoim naturalnym stanie. Jedyna różnica pomiędzy nami polega na tym, że ja jestem świadomy swego naturalnego stanu, natomiast pan znajduje się w stanie zamroczenia. Jak złoto przeobrażone w ozdobę nie ma przewagi nad kruszcem, chyba że umysł nadaje mu odmienną wartość, tak i my jesteśmy tacy sami w bycie, a różna jest tylko postać, w jakiej występujemy. Prawdę tę odkrywamy, jeśli życie traktujemy poważnie, jeśli poszukujemy, badamy nieustannie, jeśli życie poświęcamy na odkrywanie.


11 maja 1970 r.


Rozmówca: Wydaje mi się, że jeśli chodzi o mój organizm i o warunki mego bytu, to wszystko jest w porządku. Nie zależą one ode mnie i nie wymagają ulepszania. W złym stanie jest natomiast moje „ciało wewnętrzne", które można nazwać umysłem, świadomością, antahkarana lub jakkolwiek inaczej.


Maharaj: Co pan znajduje złego w swym umyśle?


R: Jest niespokojny, żądny przyjemności, a boi się rzeczy nieprzyjemnych.


M: Cóż jest złego w tym, że szuka on przyjemności, a unika rzeczy przykrych? Rzeka życia płynie pomiędzy brzegami cierpienia i przyjemności. Problem powstaje dopiero wtedy, gdy umysł nie chce płynąć wraz z życiem i grzęźnie w nadbrzeżach. Przez płynięcie wraz z życiem rozumiem akceptację - to, co nadchodzi, niech przyjdzie, to, co przemija, niech minie. Nie należy poddawać się pożądaniu ani bojaźni, lecz przyglądać się bacznie wszystkiemu, co się dzieje. Nie jest pan tym, co się zdarza, lecz panu wszystko się zdarza. Ostatecznie nie jest pan nawet obserwatorem. Jest pan najwyższą możliwością, której manifestacją i wyrazem jest wszechobejmująca świadomość.


R: Pomiędzy ciałem i jaźnią zalega chmura myśli i uczuć, która nie służy ani ciału, ani jaźni. Myśli te i uczucia są marnego gatunku - po prostu kurz umysłowy, który zaślepia i dławi. Niemniej jednak one są - ciemne i niszczące.


M: Z pewnością wspomnienie czegoś nie może zastąpić samego wydarzenia. To samo dotyczy antycypacji. Wydarzenie bieżące ma w sobie coś wyjątkowego, jedynego, czego nie mają wydarzenia dawniejsze ani przyszłe. Jest ono żywe, rzeczywiste, mamy je przed sobą jak gdyby oświetlone. To, co się w danej chwili dzieje, zawiera „piętno realności", którego pozbawione są wydarzenia przeszłe oraz przyszłe.


R: Co nadaje aktualnemu zjawisku owo „piętno realności"?


M: Nie ma niczego szczególnego w aktualnym zjawisku, aby podkreślać jego odmienność w stosunku do wydarzeń przeszłych oraz przyszłych. Przez chwilę wydarzenie przeszłe było bieżące, zaś przyszłe takie będzie. Co czyni wydarzenie bieżące tak odmiennym? Oczywiście moja obecność. Ja jestem rzeczywisty, bo jestem zawsze teraz, w teraźniejszości, i to, co mnie teraz spotyka, uczestniczy w mojej rzeczywistości. Przeszłość istnieje w pamięci, przyszłość - w wyobraźni. Nie ma niczego w samym wydarzeniu bieżącym, co by przydało mu realność. Jakieś proste, okresowe zjawisko, jak bicie zegara. Chociaż wiemy, że kolejne jego uderzenia są identyczne, bieżące odbieramy jako całkowicie odmienne niż przeszłe, zapamiętane lub przyszłe, spodziewane. To, co zdarza się w chwili obecnej, zdarza się w związku ze mną, bo ja jestem zawsze obecny. To ja aktualnemu wydarzeniu użyczam mojej własnej realności.


R: Obcujemy jednak z rzeczami zapamiętanymi tak, jak gdyby one były realne.


M: Zajmujemy się wspomnieniami tylko wtedy, gdy przechodzą one w teraźniejszość. Rzeczy zapomniane nie liczą się aż do ich przypomnienia, co stanowi przesunięcie ich do teraźniejszości.


R: Widzę z tego, że w teraźniejszości istnieje jakiś nieznany czynnik, który temu, co minęło, nadaje chwilowo cechy realności.


M: Nie jest to czynnik „nieznany", ponieważ widzi go pan w ciągłym działaniu. Czy zmienił się on od czasu, gdy się pan urodził? Rzeczy i myśli ciągle ulegały zmianom. Nigdy natomiast nie zmieniło się poczucie, że to, co jest teraz, jest realne; nawet we śnie.


R: W głębokim śnie nie doświadcza się bieżącej rzeczywistości.


M: Pustka głębokiego snu spowodowana jest wyłącznie brakiem określonych wspomnień. Ale ogólna pamięć dobrego samopoczucia pozostaje. Jest różnica pomiędzy powiedzeniem „spałem głęboko", a „byłem nieobecny". We śnie ciało działa poniżej progu mózgowej świadomości.


R: Powróćmy do zagadnienia, od którego zaczęliśmy rozmowę: pomiędzy źródłem życia a jego wyrazem, jakim jest ciało, znajduje się umysł z jego nieustannie zmieniającymi się stanami. Strumień psychicznych stanów jest nieskończony, bezsensowny i bolesny. Cierpienie to czynnik stały. To, co nazywamy przyjemnością, jest tylko przerwą, interwałem pomiędzy dwoma przykrymi stanami. Pożądanie i strach to wątek i osnowa życia, a prowadzą one do cierpienia. Stawiam pytanie: czy może istnieć szczęśliwy umysł?


M: Pożądanie jest wspomnieniem przyjemności, zaś lęk -wspomnieniem cierpienia. Oba stany powodują niepokój umysłu. Jakże więc może on być szczęśliwy?


R: To prawda, ale tylko wtedy, gdy pragniemy przyjemności lub spodziewamy się cierpienia. Istnieją jednak chwile nieoczekiwanej i nieprzewidywanej radości. Radości czystej, nieskażonej pożądaniem. Nieszukanej, niezasłużonej, danej przez Boga.


M: A jednak radość jest radością tylko w stosunku do istniejącego na dalszym planie cierpienia.


R: Czy cierpienie jest zjawiskiem kosmicznym, czy wyłącznie zrodzonym w umyśle?


M: Wszechświat jest dziełem skończonym, a gdzie istnieje pełnia, gdzie już niczego nie brakuje - cóż może spowodować cierpienie?


R: Wszechświat może być dziełem doskonałym w całości, ale niedoskonałym w szczegółach.


M: Cząstka całości oceniana w związku z całością jest także doskonała. Tylko rozpatrywana w izolacji wykazuje braki i staje się siedliskiem cierpienia. Co powoduje takie oderwanie?


R: Oczywiście - ograniczenia umysłu. Będąc częścią, umysł nie może pojąć całości.


M: Tak jest. W samej naturze umysłu leży różnicowanie i przeciwstawianie. Czy może istnieć jakiś inny umysł, który jednoczy i harmonizuje, który widzi całość w części i część jako w pełni należącą do całości?


R: Gdzie szukać takiego drugiego umysłu?


M: Trzeba wyjść poza umysł ograniczający, dzielący i przeciwstawiający. Położyć kres umysłowemu procesowi, jakim go znamy. Gdy jedno się skończy, narodzi się drugie.


R: Czy nie istniałby wtedy problem radości i smutku?


M: Nie w tej postaci, w jakiej go znamy, jako zjawisko upragnione lub odrzucone. Pozostanie już tylko miłość szukająca swego wyrazu i napotykająca przeszkody. Integralny umysł, to miłość w działaniu, walcząca z okolicznościami, początkowo zawiedziona, a w końcu zwycięska.


R: Czy miłość jest pomostem między duchem i ciałem?


M: A cóż innego? Umysł stwarza przepaść, a serce umożliwia jej przekroczenie.


13 maja 1970 r.


Rozmówca: Wielokrotnie spotykałam się z problemem, czy wszechświat podlega prawu przyczynowości, czy też istnieje i działa on poza tym prawem. Pan zdaje się reprezentować pogląd, że wszechświat nie jest niczym uwarunkowany i że wszystko, nawet najdrobniejsze zjawisko, niczym nie jest uwarunkowane, powstając i zanikając bez jakiejkolwiek przyczyny.


Maharaj: Związek przyczynowy jest to czasowa kolejność pojawiania się wydarzeń w przestrzeni, przy czym przestrzeń ta może być fizyczna lub psychiczna. Czas, przestrzeń, związek przyczynowy to kategorie umysłu powstające i zanikające w umyśle.


R: Jak długo umysł działa, związek przyczynowy jest obowiązującym prawem.


M: Jak każda rzecz pochodząca z umysłu, również tak zwane prawo przyczynowości przeczy samemu sobie. Żadna rzecz nie jest wynikiem określonej przyczyny - na powstanie jakiejkolwiek rzeczy, nawet najdrobniejszej, składa się cały wszechświat. Żadna rzecz nie mogłaby być tym, czym jest, gdyby wszechświat nie był taki, jaki jest. Jeśli źródło i podstawa każdej rzeczy jest jedyną przyczyną każdej rzeczy, niewłaściwe jest mówienie o przyczynowości jako o prawie uniwersalnym Wszechświat nie jest związany swą treścią, ponieważ możliwości jego są nieograniczone. Poza tym jest on manifestacją lub wyrazem zasady totalnej wolności.


R: Tak, przekonał mnie pan. Mówienie o jakiejś rzeczy jako jedynej przyczynie innej rzeczy jest całkowicie błędne. A jednak w praktycznym życiu, podejmując jakieś działanie, zawsze liczymy na określone skutki.


M: Ludzie podejmują mnóstwo tego rodzaju działań z powodu swojej ignorancji. Ludzie osiągnęliby znacznie więcej przy mniejszym nakładzie energii, gdyby wiedzieli, że nic nie może się wydarzyć, o ile cały wszechświat się do tego nie przyczyni.


R: Jeśli każda rzecz jest przejawem całego zespołu przyczyn, to jak można mówić o celowości działania zmierzającego do jakiegoś osiągnięcia.


M: Sama potrzeba osiągnięcia jest także wyrazem całego wszechświata. Wskazuje ona po prostu, że w danym miejscu pojawił się potencjał energetyczny. Mówi pani o przyczynowości, ponieważ kieruje panią iluzja czasu. Gdy na przeszłość i przyszłość patrzy się z ponadczasowej teraźniejszości, jako na części wspólnego wzorca, idea przyczyny i skutku traci swoją zasadność i miejsce jej zajmuje twórcza swoboda.


R: A jednak nie mogę pojąć, jak może coś powstać bez przyczyny.


M: Gdy mówię, że jakaś rzecz nie ma przyczyny, mam na myśli, że może ona być bez określonej przyczyny. Matka pani nie musiała pani urodzić, mogła panią urodzić jakaś inna kobieta. Natomiast nie mogłaby się pani urodzić bez słońca i ziemi. Nawet i te czynniki nie spowodowałyby pani narodzin bez czynnika najistotniejszego. Chodzi o pani własne pragnienie urodzenia się. Pragnienie właśnie prowadzi do narodzin, daje imię i kształt. Przedmiot pożądany powstaje najpierw w wyobraźni i pragnieniu, a potem ujawnia się jako coś dotykalnego. Tak powstaje świat, w którym żyjemy, nasz osobisty świat. Świat realny znajduje się poza zasięgiem umysłu — widzimy go poprzez siatkę naszych pożądań jako podzielony na przyjemności i przykrości, na zjawiska zewnętrzne i wewnętrzne, na aspekty dobre i złe. Aby zobaczyć świat taki, jaki on jest, należy wyjść poza tę siatkę. Nie jest to trudne do wykonania, ponieważ siatka jest pełna otworów.


R: Co pan rozumie przez otwory? I jak można je znaleźć?


M: Niech pani spojrzy na siatkę i jej liczne sprzeczności. Na każdym kroku coś pani robi i coś niszczy. Ludzie pragną spokoju, miłości, szczęścia, a jednocześnie wysilają się na wywołanie cierpienia, nienawiści i wojny. Pragną długowieczności, ale się przejadają, szukają przyjaźni, lecz wyzyskują innych. Niech pani spojrzy na własną siatkę utkaną z takich sprzeczności, a potem je usunie. Już samo dostrzeżenie ich sprawi, że znikną.


R: Jeżeli moje dostrzeżenie sprzeczności może spowodować ich usunięcie, to czyż nie ma przyczynowego związku między dostrzeżeniem a usunięciem?


M: Przyczynowość, nawet jako pojęcie, nie ma zastosowania do chaosu.


R: W jakim stopniu pożądanie jest czynnikiem sprawczym?


M: Jest ono jednym z wielu czynników. Dla każdego zjawiska istnieje nieskończona ilość sprawczych czynników. Ale źródłem wszystkiego, co istnieje, jest Możliwość Nieskończona, Najwyższa Rzeczywistość, która znajduje się w pani i która na wszystko, czego pani doświadcza, rzuca swą moc, swe światło, swoją miłość. Ale źródło to nie jest przyczyną i żadna przyczyna nie jest źródłem. Oto dlaczego mówię, że wszystko pozbawione jest przyczyny. Może pani spróbować zbadać, w jaki sposób jakaś rzecz się dzieje, ale nie może pani wykryć, dlaczego dana rzecz jest właśnie taka. Jakaś rzecz jest taka, jaka jest, ponieważ wszechświat jest taki, jaki jest.


15 maja 1970 r.


Rozmówca: Czy świadomość świadka ma charakter stały, czy nie?


Maharaj: Nie jest ona stała. Poznający powstaje i zanika wraz z poznanym. To, w czym poznający i poznanie łączą się, znajduje się poza czasem. Terminy „stały" i „wieczny" nie mają tu zastosowania.


R: We śnie nie istnieje ani poznający, ani poznane. Co podtrzymuje wrażliwość i odbiorczość ciała?


M: Napewno nie można powiedzieć, że poznający był nieobecny. Nie doświadczało się rzeczy ani myśli - to wszystko. A jednak brak doświadczenia jest także doświadczeniem. Jest jakby wejściem do ciemnego pokoju i stwierdzeniem „nic nie widzę". Człowiek ślepy od urodzenia nie wie, co znaczy ciemność. Podobnie tylko poznający wie, że nic nie wie. Sen stanowi po prostu przerwę w pamięci. Życie płynie dalej.


R: A czym jest śmierć?


M: Jest to zmiana w procesie życiowym jakiegoś ciała: kończy się integracja, a na jej miejsce wchodzi dezintegracja.


R: A co się dzieje z poznającym? Czy znika on wraz z zanikiem ciała?


M: Tak jak poznający pojawia się przy urodzeniu ciała, tak i znika w chwili śmierci.


R: I nic nie pozostaje.


M: Pozostaje życie. Świadomość potrzebuje jakiegoś narzędzia dla ujawnienia się. Gdy życie powoła do istnienia nowe ciało, pojawi się nowy poznający.


R: Czy pomiędzy kolejnymi poznającymi i umysłami kolejnych ciał istnieje jakiś związek przyczynowy?


M: Tak. Istnieje coś, co można by nazwać ciałem pamięciowym albo przyczynowym, zapis wszystkich uprzednich myśli, pragnień, czynów. Coś jakby obłok zgęszczonych obrazów.


R: Jaki jest sens odrębnego istnienia?


M: Jest to odbicie jednej rzeczywistości w odrębnym ciele. W odbiciu tym to, co ograniczone i nieograniczone, przemieszane jest razem i uważane za to samo. Zlikwidowanie tego przemieszania jest zadaniem jogi.


R: Czy śmierć nie usuwa tego przemieszania?


M: Przy śmierci umiera tylko ciało. Życie nie umiera, świadomość nie umiera, rzeczywisty byt nie umiera. Nawet ciało nigdy nie jest tak żywe jak po śmierci.


R: A czy człowiek rodzi się na nowo?


M: To, co się urodziło, musi umrzeć. Tylko nienarodzone znajduje się poza zasięgiem śmierci. Niech pan odkryje, czym jest to, co nigdy nie śpi i nigdy nie czuwa, i czego bladym odbiciem, jest nasze poczucie „ja".


R: Jak mogę dojść do tego odkrycia?


M: A jak pan cokolwiek odkrywa? Przez skupienie na czym: umysłu i serca. Musi być pasja i zapamiętanie. Pamiętanie o tym, o czym należy pamiętać, stanowi tajemnicę powodzenia. Dojdzie pan do tego celu, traktując zadanie poważnie.


R: Czy chce pan przez to powiedzieć, że sama szczera chęć wystarcza? Myślę, że potrzebne są jeszcze umiejętności sprzyjające warunki.


M: Wszystko to pojawi się wraz z gorliwym wysiłkiem. Ważne jest, aby być wolnym od sprzeczności. Cel i wiodąca do niego droga nie powinny znajdować się na różnych poziomach, życie i światło nie powinny kłócić się ze sobą, zachowanie nie powinno być zdradą przekonań. Można to nazwać uczciwością, harmonią wewnętrzną, pełnią. Byle nie cofać się, nie niszczyć niczego po drodze, nie schodzić z pozycji raz osiągniętych. Wytrwałe dążenie i rzetelność w postępowaniu doprowadzą pana do celu.


R: Wytrwałość i rzetelność to napewno niezbędne cechy. Ale ja nawet ich śladu w sobie nie znajduję.


M: Wszystko się pojawi, gdy pan ruszy z miejsca. Trzeba zacząć od pierwszego kroku. Wszystkie dobrodziejstwa przychodzą z wnętrza. Tam należy się skierować. „Jestem" - to już pan zna. Temu należy poświęcić cały czas, aż tkwić pan będzie w „jestem" spontanicznie. Nie ma drogi prostszej ani łatwiejszej.


16 maja 1970 r.


Rozmówca: Wszyscy nauczyciele doradzają medytację. Jaki jest jej cel?


Maharaj: Znamy dobrze zewnętrzny świat wrażeń i czynności, słabo natomiast jest nam znany wewnętrzny świat, świat naszych myśli i uczuć. Pierwszy cel medytacji polega na tym, aby stać się świadomym swego wewnętrznego życia i dobrze je poznać. Ostatecznym celem medytacji jest dotarcie do źródła życia i świadomości. Umiejętność medytowania oddziałuje głęboko na charakter. Jesteśmy niewolnikami tego, czego nie znamy, zaś panami tego, co jest nam znane. Wszelkie nasze wady i słabe strony przezwyciężamy przez samo ich poznanie, przez wykrycie i zrozumienie przyczyn ich powstania oraz ich skutków. To, co nieświadome, zanika, gdy przechodzi do świadomości. Eliminacja nieświadomego wyzwala energię. Umysł wtedy uspokaja się.


R: Co daje spokój umysłu?


M: Gdy umysł jest spokojny, poznajemy siebie jako czystych świadków. Zdobywamy dystans w stosunku do doświadczenia i doświadczającej osoby i stajemy z boku w czystej świadomości, która jest między jednym i drugim, ale i poza nimi. Osobowość nasza, polegająca na samoidentyfikacji, na wyobrażeniu „jestem tym, jestem tamtym", trwa dalej, ale już jako część świata obiektywnego. Przestaje ona utożsamiać się ze świadkiem.


R: Wydaje mi się, że żyję na wielu poziomach, a każdy wymaga nakładu energii. Jaźń prawem swej natury raduje się każdą rzeczą i jej siły uchodzą na zewnątrz. Czy celem medytacji nie jest zatrzymywanie energii na wyższych poziomach oraz popychanie jej ku górze, aby umożliwić rozwój tych wyższych poziomów?


M: Jest to sprawa nie tyle poziomów, co sprawa cech (gun). Medytacja jest działaniem harmonijnym (sattwicznym), zmierzającym do zupełnego wyeliminowania ciemnoty (tamasu) oraz namiętności (radżasu). A czysta harmonia (sattwa) to zupełna wolność od gnuśności i niepokoju.


R: W jaki sposób można wzmocnić i oczyścić sattwę?


M: Sattwa jest zawsze czysta i mocna. Jest jak słońce, które może wydawać się zaciemnione przez chmury albo kurz - jednak tylko temu, kto spogląda na nie z dołu. Należy zająć się przyczynami zaciemnienia, a nie słońcem.


R: Jakie korzyści daje sattwa?


M: A jakie są korzyści z prawdy, dobroci, harmonii czy piękna? Stanowią one cel same w sobie. Pojawiają się spontanicznie i bez wysiłku, gdy sprawy pozostawia się ich własnemu biegowi, bez wtrącania się do nich, bez unikania ich lub dopominania się o nie; gdy są po prostu tylko doświadczone w pełni świadomości. Taka świadomość sama stanowi sattwę. Nie posługuje się ona ludźmi ani przedmiotami, ale wypełnia je.


R: Skoro nie mogę osiągnąć sattwy, to czy powinnam zająć się tamasem i radżasem? Jak mam z nimi postępować?


M: Obserwować je w sobie i ich wpływ na siebie. Należy uświadamiać sobie ich działanie, rozpoznawać ich obecność w myślach, słowach i czynach. Stopniowo ich wpływ na panią będzie malał i pojawi się w pani jasne światło sattwy. Nie jest to proces trudny ani długotrwały. Jedyny warunek powodzenia to powaga i żarliwość.


20 maja 1970 r.


Rozmówca: Jest wiele interesujących książek napisanych przez rzekomo kompetentnych autorów, gdzie zaprzeczana jest iluzoryczność świata, ale nie jego przemijający charakter. Według tych autorów istnieje hierarchia bytów, od najniższych aż do najwyższych. Na każdym poziomie złożoność organizmu decyduje o głębi, zasięgu i intensywności świadomości, bez jakiegokolwiek widocznego, dającego się uchwycić punktu szczytowego. Tym wszystkim rządzi jedno dominujące prawo: ewolucja form zmierzająca do rozwinięcia i wzbogacenia świadomości oraz do ujawnienia jej nieograniczonych możliwości.




Maharaj: Może tak być, ale może i nie być. Jeśli nawet tak jest, to tylko z punktu widzenia umysłu. W rzeczywistości cały wszechświat (madhakaś) istnieje wyłącznie w świadomości (czidakaś), podczas gdy moje miejsce znajduje się w absolucie (paramakaś). W czystym bycie powstaje świadomość, a w świadomości pojawia się i zanika świat. Wszystko, co tam się znajduje, jest mną, wszystko też jest moje. Przed wszelkim początkiem i poza wszelkim końcem jestem ja. Wszystko znajduje swój byt we mnie, w moim „jestem". Nawet niebyt nie jest do pomyślenia beze mnie. Cokolwiek się zdarza, ja muszę tam być jako świadek.


R: Dlaczego odmawia pan światu istnienia?


M: Wcale nie neguję świata. Widzę go jako pojawiający się W świadomości, która jest sumą znanego w bezmiarze tego, co nieznane. Wszystko, co się zaczyna i kończy, to czysta zjawa. O świecie można powiedzieć, że się pojawia, a nie że istnieje. To, co się pojawia, mierzone według jednej skali czasu może trwać bardzo długo, zaś mierzone według innej skali - bardzo krótko; co jednak ostatecznie wychodzi na to samo. Cokolwiek jest ograniczone w czasie, jest chwilowe i nie przysługuje mu byt realny.


R: Z pewnością dostrzega pan rzeczywisty świat, który pana otacza. Pan zdaje się zachowywać zupełnie normalnie!


M: Panu się świat w ten sposób przedstawia. To, co u pana zajmuje całe pole świadomości, w mojej jest małym skrawkiem. Świat istnieje tylko przez chwilę. Na skutek pamięci wydaje się panu, że świat trwa. Ja nie opieram się na pamięci. Widzę świat taki, jaki jest, jako chwilową zjawę w świadomości.


R: W pańskiej świadomości?


M: Wszelka idea „ja" i „moje", a nawet idea „jestem", zawarte są w świadomości.


R: Czyż więc pana „absolutny byt" (paramakaś) jest nieświadomością?


M: Idea nieświadomości istnieje tylko w świadomości.


R: Skąd pan może wiedzieć, że znajduje się w stanie najwyższym?


M: Ponieważ w nim jestem. Jest to jedyny stan naturalny.


R: Czy może go pan opisać?


M: Tylko poprzez negację, jako niczym nie uwarunkowany, z niczym nie związany, niepodzielny, niezłożony, niewzruszony, nie podważalny, nieosiągalny drogą wysiłku. Wszelkie pozytywne określenia pochodzą z pamięci i dlatego nie mogą mieć zastosowania. Mój stan również jest w najwyższym stopniu rzeczywisty i dlatego możliwy, osiągalny. R: Czy nie jest pan bezustannie pogrążony w abstrakcji?


M: Abstrakcja wywodzi się z umysłu i ma charakter werbalny. We śnie lub w omdleniu znika, a po pewnym czasie pojawia się znowu. Ja żyję w moim własnym stanie (swarupa) w wiecznej teraźniejszości. Przeszłość i przyszłość istnieją tylko w umyśle - ja jestem teraz.


R: Czy świat istnieje także teraz?


M: Który świat?


R: Świat, który nas otacza.


M: Świat, o którym pan mówi, to pański świat, nie mój. Co pan wie o mnie, jeżeli nawet nasza rozmowa odbywa się tylko w pańskim świecie? Nie ma pan podstaw, aby sądzić, iż mój świat pokrywa się z pańskim. Mój świat jest realny, prawdziwy i takim go postrzegam, podczas gdy pański pojawia się i zanika w zależności od stanu pana umysłu. Pański świat, to coś obcego, co wywołuje w panu lęk. Mój świat, to ja sam, to moje domostwo.


R: Jeśli pan jest światem, jak pan może być go świadomy? Czy podmiot świadomości nie jest czymś innym niż jej przedmiot?


M: Świadomość i świat pojawiają się i znikają razem, dlatego są one dwoma aspektami tego samego stanu.


R: Gdy śpię, nie ma mnie, a świat trwa.


M: Skąd pan o tym wie?


R: Dowiaduję się po przebudzeniu. Pamięć mi o tym przypomina.


M: Pamięć istnieje w umyśle. Podczas snu umysł w dalszym ciągu działa.


R: Częściowo znajduje się w stanie zawieszenia.


M: Ale nie wpływa to na obraz świata. Jak długo umysł działa, jest pańskie ciało i jest pański świat. Pański świat stworzony jest przez umysł, jest on subiektywny, ograniczony w ramach umysłu, tymczasowy, osobisty, zawieszony na nitce pamięci.


R: Czy i pański świat jest taki?


M: O, nie! Ja żyję w świecie realnym, podczas gdy pański jest wyimaginowany. Pański świat jest osobisty, prywatny, egoistyczny, w pełni pana własny. Nikt nie może wejść do niego, patrzeć, jak pan patrzy, słuchać, jak pan słucha, odczuwać pańskie wzruszenia i myśleć pańskie myśli. W swoim świecie jest pan rzeczywiście sam, zamknięty we własnym kręgu stale zmieniających się urojeń, które pan traktuje jako życie. Mój świat to świat otwarty, wspólny dla wszystkich i wszystkim dostępny. W moim świecie panuje wspólnota, miłość, prawdziwa równość. Jednostka stanowi całość, całość jest w jednostce. Wszystko jest jednością i ta jedność jest wszystkim. R: Czy pana świat jest tak samo jak mój pełen rzeczy i ludzi?


M: Nie, jest napełniony mną samym.


R: A czy pan widzi i słyszy jak my?


M: Tak, ale ja tylko pozornie słyszę, widzę, mówię i działam. Wszystko to po prostu mi się zdarza, tak jak panu trawienie czy pocenie się. Dba o to mechanizm ciała-umysłu, pozostawiając mnie poza tym wszystkim. Tak jak pan nie musi troszczyć się o to, by rosły panu włosy, tak ja nie muszę dbać o słowa i czyny. One po prostu zdarzają się, a mnie pozostawiają w spokoju, bo w moim świecie nic złego zdarzyć się nie może.


2 czerwca 1970 r.


Rozmówca: W dzieciństwie popadałem często w stan pełnej szczęśliwości, graniczącej z ekstazą. Później to ustało. Odkąd jednak przyjechałem do Indii, stany takie pojawiają się znowu, zwłaszcza po nawiązaniu kontaktu z panem. Są one piękne, lecz niestety nietrwałe. Pojawiają się i mijają, nigdy zaś nie wiadomo, kiedy powrócą.


Maharaj: Cóż może być stałego w umyśle, który sam w sobie nie jest stały?


R: W jaki sposób mógłbym umysł mój uczynić stałym?


M: Jakże to niestały umysł mógłby uczynić siebie stałym? Jasne jest, że nie może. Umysł z natury swej podlega zmiennym stanom. Jedyne, co leży w pana możliwościach, to przeniesienie ośrodka świadomości poza umysł.


R: Jak to się robi?


M: Należy porzucić wszystkie myśli z wyjątkiem jednej: myśli „jestem". Początkowo umysł będzie się buntował, ale cierpliwość i nieustępliwość powoli spowodują, że podda się i uspokoi. Gdy zaś się uspokoi, wszystko zacznie się dziać automatycznie, w sposób zupełnie naturalny, bez żadnej interwencji z pana strony.


R: Czy nie mógłbym uniknąć tej przewlekłej walki z własnym umysłem?


M: Tak, może pan. Niech pan po prostu przyjmie swoje życie takie, jakie ono jest, będąc przy tym czujnym i uważnym. Niech pan pozwoli, aby wszystko działo się tak, jak się dzieje, robiąc naturalne rzeczy w naturalny sposób, cierpiąc i radując się według tego, co życie przyniesie. Również taka może być droga.


R: W takim razie mogę ożenić się, mieć dzieci, prowadzić interesy...


M: Oczywiście. Może pan osiągnąć szczęście lub nie; niech pan to z góry założy.


R: Ale ja pragnę szczęścia.


M: Prawdziwego szczęścia nie można znaleźć w tym, co się zmienia i przemija. Przyjemności i przykrości nieuchronnie się przeplatają. Szczęście przychodzi z jaźni i wyłącznie w jaźni może być znalezione. Niech pan znajdzie swoje prawdziwe "ja" (swarupa), a wszystko inne się pojawi.


R: Jeśli moje prawdziwe „ja" jest spokojem i miłością, to skąd tyle niepokoju?


M: To nie prawdziwa pana istota jest niespokojna, ale jej odbicie w umyśle, ponieważ umysł jest niespokojny. Podobne to jest do odbicia księżyca w wodzie poruszanej podmuchem wiatru. Wiatr pożądań porusza umysł, a wydaje się, że to pańskie „ja", które jest tylko odbiciem jaźni w umyśle, ulega zmianom. Wszystkie te wyobrażenia o ruchu, o niepokoju, o przyjemności i przykrości znajdują się w umyśle. Jaźń jest poza umysłem, świadoma, ale niezaangażowana.


R: Jak do niej dotrzeć?


M: Pan sam jest jaźnią - tu i teraz. Niech pan oderwie się od umysłu. Przekona się pan, że żyć świadomie, lecz z dystansem, obserwując jak zdarzenia przychodzą i mijają, jest cechą pańskiej prawdziwej natury.


R: A jakie są inne jej cechy?


M: Cech jest niezliczona ilość. Niech pan osiągnie jedną, a osiągnie pan wszystkie.


R: Niech pan mi coś powie, co by mi pomogło.


M: Sam pan najlepiej wie, czego pan potrzebuje!


R: Jestem pełen niepokoju. Jak mógłbym osiągnąć spokój?


M: Do czego jest panu potrzebny spokój?


R: Do szczęścia.


M: Czy teraz nie jest pan szczęśliwy?


R: Nie, nie jestem.


M: Co czyni pana nieszczęśliwym?


R: Mam to, czego nie pragnę, a pragnę tego, czego nie mam.


M: Dlaczego pan tego nie odwróci? Niech pan pragnie tego, co pan ma, a nie dba o to, czego pan nie ma.


R: Pragnę tego, co jest przyjemne, a nie chcę tego, co przykre.


M: Skąd pan wie, co jest przyjemne, a co nie jest?


R: Oczywiście z własnego doświadczenia.


M: Kierując się pamięcią, podążał pan za przyjemnościami i wystrzegał się pan przykrości. Czy osiągnął pan sukces?


R: Nie. Przyjemności są nietrwałe, a cierpienie powraca. M: Jakiego rodzaju cierpienie?


R: Pragnienie przyjemności, lęk przed przykrością - jedno i drugie bolesne. Czy istnieje niczym niezmącone szczęście?


M: Każda przyjemność, fizyczna czy psychiczna, wymaga jakiegoś podłoża. Podłoże, zarówno fizyczne, jak psychiczne, jak materialne, wyczerpuje się i zużywa. Tym samym osiągana przyjemność ma z konieczności ograniczoną moc i trwałość. Cierpienie istnieje u źródeł wszystkich przyjemności. Pan pragnie przyjemności, ponieważ cierpi. Z drugiej strony samo poszukiwanie przyjemności to także przyczyna cierpienia. Błędne koło.


R: Rozumiem mechanizm moich niepowodzeń, ale nie widzę drogi wyjścia.


M: Samo zbadanie tego mechanizmu wskazuje drogę. Przecież pańskie błędy są tylko w pana umyśle, który nigdy dotąd nie buntował się przeciwko błędom i nigdy nie próbował się z nimi uporać. Buntował się tylko przeciwko cierpieniu.


R: A więc nic mi nie pozostaje, jak żyć tak samo nadal.


M: Żyć czujnie. Niech pan zastanawia się, obserwuje, bada, jak najwięcej dowiaduje się na temat błędów oraz ich wpływu na pana i na innych. Przez poznanie błędów uwolni się pan od nich.


R: Kiedy analizuję siebie, dostrzegam, że niczego tak nie pragnę, jak stworzenia jakiegoś wiekopomnego dzieła, które by mnie przetrwało. Nawet gdy myślę o założeniu rodziny, o żonie i dziecku, wynika to z chęci utrwalenia mego istnienia.


M: Niech pan sobie zbuduje pomnik. W jaki sposób zamierza pan to uczynić?


R: Nieważne, co zbuduję, byle to było trwałe.


M: Z pewnością sam pan dobrze wie, że nic nie jest trwałe. Wszystko się zużywa, niszczeje, rozkłada. Sama więc podstawa, na której pan buduje, wskazuje drogę. Czy może pan zbudować coś, co przetrwa wszystko inne?


R: Intelektualnie i werbalnie uświadamiam sobie, że wszystko przemija. A jednak serce moje pragnie nieprzemijalności. Chcę stworzyć coś, co pozostanie.


M: W takim razie musi pan budować z trwałego materiału. Czym trwałym pan dysponuje? Zarówno ciało, jak umysł przeminą. Szukać więc trzeba gdzie indziej.


R: Tęsknię do rzeczy trwałej, ale nigdzie jej nie znajduję.


M: A czy pan sam nie jest czymś trwałym?


R: Urodziłem się i umrę.


M: Czy może pan naprawdę orzec, że nie było pana przed narodzinami, i czy po śmierci będzie pan mógł powiedzieć „teraz już nie istnieję"? Nie może pan orzec na podstawie własnego doświadczenia, że pana nie ma. Może pan tylko stwierdzić „jestem". Inni również nie mogą panu powiedzieć, że pana nie ma.


R: We śnie nie ma „jestem".


M: Zanim zrobi pan tego rodzaju stwierdzenie, powinien pan dokładnie przyjrzeć się swemu stanowi na jawie. Odkryje pan w nim wiele przerw, kiedy umysł jest nieczynny. Niech pan zwróci uwagę, jak niewiele pan pamięta nawet w stanie pełnego czuwania. Nie może pan powiedzieć, że podczas snu nie miał pan świadomości. Pan tylko nie pamięta. Luka w pamięci to niekoniecznie luka w świadomości.


R: Czy mogę zapamiętać, jaki jest mój stan w głębokim śnie?


M: Oczywiście! Przez wyeliminowanie przerw spowodowanych brakiem uwagi podczas godzin czuwania, wyeliminuje pan stopniowo długą przerwę nieobecności umysłu, którą nazywa pan snem. Wtedy będzie pan świadomy, że pan śpi.


R: Ale problem trwałości, ciągłości bytu, nie jest rozwiązany.


M: Trwałość to tylko idea zrodzona przez działanie czasu. Czas zaś zależy od pamięci. Trwałość to według pana niezawodna pamięć przez nieskończony czas. Chce pan uwiecznić umysł, co nie jest możliwe.


R: Cóż więc jest wieczne?


M: Wieczne jest to, co nie zmienia się wraz z czasem. Nie można uwiecznić rzeczy przemijającej. Tylko to, co niezmienne, jest wieczne,


R: Orientuję się w ogólnym sensie tego, co pan mówi. Nie pragnę więcej wiedzy. Pragnę jedynie spokoju.


M: Może pan osiągnąć pełny spokój przez samo pragnienie.


R: Pragnę.


M: Musi pan pragnąć nierozdzielonym sercem i żyć życiem zintegrowanym.


R: Jak?


M: Niech pan oderwie się od wszystkiego, co czyni umysł pana niespokojnym. Niech pan zrezygnuje ze wszystkiego, co zakłóca mu spokój. Jeśli chce pan mieć spokój, niech pan na niego zasłuży.


R: Z pewnością każdy zasługuje na spokój.


M: Tylko ci zasługują, którzy nie zakłócają spokoju.


R: W jaki sposób zakłócam?


M: Przez to, że jest pan niewolnikiem swoich pragnień i obaw.


R: Nawet wtedy, gdy są one uzasadnione?


M: Reakcje uczuciowe zrodzone z niewiedzy lub braku uwagi nie są nigdy usprawiedliwione. Niech pan dąży do czystego umysłu i czystego serca. Jedyne, czego pan potrzebuje, to trwanie w stanie spokojnej czujności i badanie swej własnej prawdziwej natury. Jest to jedyna droga do spokoju.


30 maja 1970 r.


Rozmówca: Jedni mówią, że świat został stworzony. Inni, że zawsze istniał i zawsze będzie podlegał przemianom. Jedni twierdzą, że rządzą nim odwieczne prawa. Inni zaprzeczają istnieniu prawa przyczynowości. Jedni przyjmują realność świata. Według innych świat w ogóle nie istnieje.


Maharaj: O jakim świecie pan mówi?


R: Oczywiście o świecie przeze mnie postrzeganym.


M: Postrzegany przez pana świat jest bardzo mały. I całkowicie prywatny. Niech pan go potraktuje jak sen i skończy z nim.


R: Potraktować go jak sen? Przecież sen nie jest niczym trwałym.


M: Jak długo będzie trwał pana własny mały świat?


R: Ostatecznie, mój mały świat jest tylko częścią całego świata.


M: A czy idea całości świata nie jest częścią pana prywatnego świata? Wszechświat nic nie mówi o tym, że pan jest jego częścią. To pan wymyślił całość, aby zmieścić siebie jako część. W rzeczywistości zna pan tylko swój prywatny świat, który tak dobrze pan wyposażył w swoje wyobrażenia i oczekiwania.


R: Postrzeganie to z pewnością nie imaginacja!


M: A cóż innego? Przecież percepcja to rozpoznawanie. Coś zupełnie dotąd nieznanego może być odczute, ale nie spostrzeżone. Postrzeganie polega na pamięci.


R: Zgoda, ale pamięć nie musi zmieniać postrzegania w iluzję.


M: Postrzeganie, wyobrażanie sobie, przewidywanie, antycypacje, iluzje - wszystko to opiera się na pamięci. Niełatwo dostrzec jakieś granice pomiędzy tymi zjawiskami. Zlewają się one ze sobą, a każde jest oddźwiękiem pamięci.


R: Pamięć służy do potwierdzania realności mojego świata.


M: Jak wiele pan zapamiętuje? Niech pan odtworzy z pamięci to, co pan myślał, mówił lub robił trzydziestego dnia ubiegłego miesiąca.


R: To rzeczywiście biała plama.


M: A jednak nie jest tak źle. Pamięta pan bardzo wiele. Podświadoma pamięć czyni świat, w którym pan żyje, tak dobrze znanym.


R: Przyjmijmy, że świat, w którym żyję, jest subiektywny i stronniczy. A jaki jest świat, w którym pan żyje?


M: Mój świat jest zupełnie podobny do pańskiego. Patrzę, słucham, czuję, myślę i działam w świecie, który postrzegam tak jak pan. Tylko, że dla pana na tym wszystko się zamyka, podczas gdy dla mnie jest to tyle, co nic. Świadom tego, że świat jest częścią mnie samego, nie przywiązuję do niego więcej wagi, niż pan do spożytego pożywienia. Podczas przygotowywania i spożywania posiłku pokarm jest czymś odrębnym od pana i pańska uwaga jest nim zajęta, natomiast po jedzeniu świadomość pana traci z nim kontakt. Tak i ja - połknąłem świat i nie muszę już więcej o nim myśleć.


R: Czy nie staje się pan zupełnie nieodpowiedzialny?


M: Jakże bym mógł? Jak mógłbym działać na szkodę czegoś, co stanowi ze mną jedność? Wręcz przeciwnie - nie myślę o świecie i wszystko, co czynię, jest z korzyścią dla niego. Tak jak ciało nieświadomie nastawia się prawidłowo, tak i ja jestem nieustannie zajęty prawidłowym ustawianiem świata.


R: Ale jest pan świadomy, jak bardzo cierpi świat?


M: Oczywiście. Znacznie bardziej niż pan.


R: Cóż więc pan robi?


M: Spoglądam na świat oczami Boga i znajduję, że wszystko jest w porządku.


R: Jak może pan tak mówić? A wojny, wyzysk, okrutne konflikty pomiędzy obywatelem i państwem?


M: Wszystkie te cierpienia są dziełem człowieka i w mocy człowieka jest ich zlikwidowanie. Bóg pomaga człowiekowi przez ukazywanie mu skutków jego postępowania i przez żądanie, aby równowaga została przywrócona. Karma jest prawem sprawiedliwym. Jest to uzdrawiająca ręka Boga.


10 czerwca 1970 r.


Rozmówca: Co pan robi, gdy pan śpi?


Maharaj: Jestem świadomy, że śpię.


R: Czy sen nie jest stanem podświadomości?


M: Tak, jestem świadomy tej podświadomości.


R: A na jawie lub gdy pan śni?


M: Jestem świadomy, że czuwam lub śnię.


R: Nie rozumiem. Co dokładnie ma pan na myśli? Wyjaśnię mój punkt widzenia: sen jest stanem podświadomości, czuwanie świadomością, zaś marzenia senne to świadomość własnego umysłu, bez uświadamiania sobie otoczenia.


M: Według mnie jest prawie tak samo. Wydaje mi się jednak, że jest pomiędzy nami jakaś różnica. Pan w każdym z tych stanów zapomina o dwóch pozostałych, podczas gdy dla mnie istnieje tylko jeden stan, obejmujący i przewyższający trzy wymienione stany umysłu.


R: Czy widzi pan w świecie jakieś ukierunkowanie, jakąś celowość?


M: Świat jest tylko odbiciem mojej wyobraźni. Mógłbym w nim dojrzeć wszystko, co bym chciał. Po co jednak wynajdywać koncepcje stworzenia, ewolucji czy zagłady świata? Nie jest mi to potrzebne. Świat istnieje we mnie, świat jest mną. Nie boję się go i nie mam wcale zamiaru zamykać go w jakimś schemacie przez umysł wypracowanym.


R: A wracając do sprawy snu: czy miewa pan marzenia senne?


M: Oczywiście, miewam sny.


R: Jakie są to sny?


M: Są to echa przeżyć na jawie.


R: A gdy zapada pan w głęboki sen?...


M: Świadomość mózgowa jest wówczas zawieszona.


R: Czy jest pan wtedy nieświadomy?


M: Nieświadomy swego otoczenia - tak.


R: Ale nie całkowicie nieświadomy?


M: Zdaję sobie sprawę, że jestem nieświadomy.


R: Używa pan dwóch terminów angielskich na określenie świadomości: „awareness" i „consciousness". Czy nie chodzi w nich o to samo?


M: „Awareness" to praświadomość. Jest to stan odwieczny, bez początku i końca, niczym nie spowodowany, samoistny, niepodzielny, niezmienny. „Consciousness" to świadomość ludzka. Wywodzi się ona z łączności ze światem, jest powierzchowna i dwoista. Świadomość nie może istnieć bez praświadomości, ale praświadomość istnieje niezależnie od świadomości, jak na przykład w głębokim śnie. Praświadomość to absolut. Świadomość zależna jest od swojej treści i dotyczy zawsze czegoś. Świadomość jest cząstkowa i ulega zmianom. Praświadomość to pełnia, niezmienność i spokój, to powszechne źródło i podpora każdego doświadczenia.


R: W jaki sposób człowiek może przekroczyć świadomość i dojść do praświadomości?


M: Ponieważ istnienie świadomości zależy od praświadomości, ta ostatnia obecna jest w każdym stanie świadomości człowieka. Dlatego nawet sama świadomość, że się jest świadomym, zbliża do praświadomości. Obserwowanie własnego nurtu świadomości wzniesie pana do praświadomości. Nie będzie to żaden nowy stan. Rozpozna go pan od razu jako pierwotną podstawę egzystencji, która jest samym życiem, miłością i radością.


R: Skoro rzeczywisty byt ukryty jest w nas przez cały czas, na czym polega proces samorealizacji?


M: Urzeczywistnienie jest przeciwieństwem niewiedzy. Niewiedza, przyczyna cierpienia człowieka, polega na uznawaniu świata za realny, a jaźni za coś nierzeczywistego. Odkrycie, że jedynie jaźń jest rzeczywista, zaś wszystkie inne rzeczy i zjawiska są czasowe i przemijające, to kluczowy warunek osiągnięcia wolności, pokoju i radości. Jest to w gruncie rzeczy bardzo proste. Zamiast patrzeć na świat wyimaginowany, należy uczyć się świata takiego, jaki on rzeczywiście jest. Z chwilą gdy to nastąpi, zobaczy pan także prawdziwego siebie. Jest to jakby oczyszczenie zwierciadła. Zwierciadło, które ukaże panu świat taki, jaki on rzeczywiście jest, ujawni panu zarazem pańskie nowe oblicze. Myśl „jestem", to jakby kawałek materiału do czyszczenia. Niech pan jej użyje.


13 czerwca 1970 r.


Rozmówca: Czy mógłby pan nam powiedzieć, jak pan doszedł do swego obecnego stanu?


Maharaj: Guru mego spotkałem, gdy miałem 34 lata, zaś moja samorealizacja miała miejsce w wieku 37 lat.


R: Na czym polegała pańska przemiana?


M: Przyjemności i przykrości utraciły swoje panowanie nade mną. Stałem się wolny od pożądań i niepokoju. Poczułem się pełny i niczego nie potrzebowałem. Przekonałem się, że w oceanie świadomości doskonałej, na powierzchni świadomości ogólnoludzkiej nieustannie powstają i giną niezliczone fale świata zjawisk. Są one mną jako świadomość i moje jako wydarzenia. Istnieje tajemnicza siła, która nad nimi czuwa. Jest nią Świadomość Najwyższa, Jaźń, Życie, Bóg - wszystko jedno jakie imię jej nadamy. Jest to fundament, podpora wszystkiego, co istnieje, a zarazem coś bardzo nam bliskiego. Podobne to jest do złota, które jest tworzywem wszelkiego rodzaju biżuterii. Proszę oddzielić od niej nazwę i kształt, a jako coś wartościowego pozostanie tylko złoto. Tak samo i w życiu: uwolnijmy się od nazwy i kształtu oraz powodowanych przez nie pragnień i obaw. Cóż wtedy pozostanie?


R: Nic.


M: Tak, pozostanie próżnia. Ale będzie ona wypełniona sobą. Ta próżnia jest wiecznym potencjałem, podobnie jak świado' mość jest wieczną teraźniejszością.


R: Czy przez potencjał rozumie pan przyszłość?


M: Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. I jeszcze znacznie więcej.


R: Ale skoro próżnia jest próżnią, mało mamy z niej pożytku.


M: Niesłusznie pan tak sądzi. Proszę wziąć pod uwagę, że bez przerwy w ciągłości istnienia nie mogłyby nastąpić ponowne narodziny. Czy możliwa jest odnowa bez umierania? Nawet głęboka ciemność snu odświeża i odmładza. Bez śmierci ugrzęźlibyśmy na zawsze w starczej zgrzybiałości.


R: A czy nie ma czegoś takiego jak nieśmiertelność?


M: Nieśmiertelność to nierozłączny związek życia i śmierci, to dwa aspekty jednego bytu. Widzieć koniec w początku, a początek w końcu, to obcować z nieśmiertelnością. Nieśmiertelność nie jest oczywiście ciągłością. Tylko łańcuch przemian ciągle trwa i nic ponadto.


R: Absolut i Doskonała Wszechświadomość?


M: W ogóle nie zależy od czasu. Pojęcie czasu istnieje wyłącznie w ludzkiej świadomości. Gdzież poza nią może być czas i przestrzeń?


R: Czy w polu pańskiej świadomości znajduje się również pana ciało?


M: Oczywiście. Ale dla idei „moje ciało", jako czegoś odmiennego od innych ciał, miejsca w mej świadomości nie ma. Dla mnie istnieje „ciało" - ale nie „moje ciało", istnieje „umysł" - ale nie „mój umysł". Umysł dogląda ciała i wszystko jest w porządku, ale ja się do tego nie wtrącam. Ciało funkcjonuje jak ma funkcjonować w normalnym, naturalnym trybie. Może nie jesteście świadomi swoich fizjologicznych funkcji, ale jeśli chodzi o myśli i uczucia, pragnienia i obawy, macie bardzo rozbudowaną świadomość. U mnie natomiast zjawiska te znajdują się również w dużym stopniu poza kręgiem świadomości. Przemawiam do ludzi i działam, czyniąc to jak należy, a przecież nie bardzo zdaję sobie z tego sprawę. Wygląda to tak, jakbym pod względem fizycznym żył jak automat, czuwając nad życiem i reagując spontanicznie.


R: Czy spontaniczność ta jest wynikiem procesu samorealizacji czy następstwem specjalnego przygotowania?


M: I jednym i drugim. Przywiązanie do powziętego celu powoduje, że żyje się życiem jasnym i uporządkowanym, oddanym poszukiwaniu prawdy oraz pomaganiu ludziom. Z kolei samorealizacja czyni wszelką cnotę łatwą, odruchową. Dzieje się tak na skutek usunięcia przeszkód w postaci pożądań, obaw oraz fałszywych wyobrażeń.


R: Czy nie odczuwa pan żadnych pragnień ani obaw?


M: Moim przeznaczeniem było urodzić się jako zwyczajny prosty człowiek, stać się skromnym wyrobnikiem, który otrzymał tylko minimalne formalne wykształcenie. W owym czasie doświadczałem jak inni różnych pragnień i obaw. Gdy dzięki wierze w mego guru i poddaniu się jego nakazom, odnalazłem prawdziwy sens mego życia, pozostawiłem moją ludzką naturę własnemu losowi. Coś z dawnych uczuciowych i myślowych reakcji pojawia się czasem we mnie, ale jest to natychmiast zauważane i oddalane. Jak długo bowiem obciążeni jesteśmy indywidualną osobowością, jesteśmy wystawieni na działanie różnych czynników, z naszej przeszłości a także z bieżącego życia.


R: A śmierci się pan nie boi?


M: Ja już umarłem.


R: Jak to należy rozumieć?


M: Umarłem dwojako: stałem się obojętny w stosunku do mego ciała i do umysłu także.


R: Ależ pan bynajmniej na martwego nie wygląda!


M: To pan tak sądzi. Jakby pan lepiej znał mój stan ode mnie.


R: Przepraszam, ale ja po prostu nie rozumiem. Mówi pan o sobie, jak o kimś, kto pozbawiony jest ciała i rozumu, a ja przecież widzę pana zdrowego i rozumnie mówiącego.


M: A czy pan sam jest świadomy, jak wielce skomplikowana praca toczy się przez cały czas w pańskim mózgu i ciele? Ani trochę. A przecież komuś z zewnątrz może się wydawać, że cały ten proces jest wynikiem przemyślenia, precyzyjnego rozumowania i doskonałej celowości. Dlaczego nie mielibyśmy przyjąć, że całe jednostkowe bytowanie człowieka może opaść znacznie poniżej progu świadomości, a jednak przebiegać gładko i sprawnie?


R: Ale czy to jest normalne?


M: Co znaczy „normalne"? Czy życie spętane pożądaniami i trwogą, pełne napięć i walk, pozbawione sensu i radości, można nazwać normalnym? Czy ciągłe odczuwanie swego ciała jest normalne? I czy można nazwać normalnym stan, gdy się jest rozdzieranym przez namiętności, torturowanym przez natrętne myśli? Zdrowe ciało i zdrowy umysł nie są zwykle zauważane przez swego właściciela. Dopiero gdy pojawia się ból i cierpienie, wołają o uwagę i interwencję. Dlaczego nie zastosować tej prawdy do całego jednostkowego bytowania? Można przecież funkcjonować prawidłowo, reagować na wszystko, co się zdarza, w sposób właściwy i pełny, bez angażowania w to ośrodka świadomości. Gdy samokontrola staje się drugą naturą, świadomość przesuwa swoje siły ku najgłębszym pokładom egzystencji i działania.


R: Czy w ten sposób nie staje się pan robotem?


M: Co jest złego w automatycznym wykonywaniu pewnych czynności. Niektóre godne są tylko automatycznego wykonywania. Gdy jednak działanie jest chaotyczne, powoduje ono cierpienie i ból - na takie trzeba zwrócić uwagę. Głównym celem czystego i uporządkowanego życia jest uwolnienie człowieka od jarzma chaosu i brzemienia zmartwień.


R: Odnoszę wrażenie, że odpowiadałoby panu życie podobne do działania komputera.


M: Nie ma nic złego w życiu wolnym od problemów. Osobowość jest odbiciem rzeczywistości. Dlaczego odbicie zgodne z oryginałem nie może być wykonane automatycznie? Czy jednostka musi mieć jakieś specyficzne własne rysy? Życie, którego jest ona wyrazem, będzie ją kształtowało. A gdy człowiek zda sobie sprawę z faktu, że jako osoba jest tylko cieniem rzeczywistości, nie zaś rzeczywistością samą, przestanie trapić się i niepokoić. Zgodzi się być kierowanym od wewnątrz, życie zaś stanie się dla niego ciekawą podróżą w nieznane.




17 czerwca 1970 r.


Rozmówca: Z tego, co pan mówił, wynika, że nie zdaje pan sobie sprawy ze swojego otoczenia. Ale nam wydaje się, że jest pan wyjątkowo czujny i czynny. Nie wierzymy też, że znajduje się pan w jakimś stanie hipnotycznym, który nie pozostawia po sobie nic w pamięci. Wręcz przeciwnie, zauważyliśmy, że ma pan znakomitą pamięć. Jak należy rozumieć stwierdzenie, że świat wraz ze wszystkim, co się w nim znajduje, nie istnieje?


Maharaj: Jest to kwestia zogniskowania. Otóż pański umysł zogniskowany jest w świecie, zaś mój w rzeczywistym bycie. To tak, jak obecność księżyca w biały dzień, gdy słońce świeci. Jest ledwie widoczny. Albo inny przykład: proszę zwrócić uwagę na przyjmowany pokarm. Dopóki trzyma go pan w ustach, jest pan świadomy jego obecności, ale po przełknięciu niewiele już on pana obchodzi. Jakże kłopotliwe byłoby, gdyby człowiek musiał myśleć o pokarmie aż do czasu, gdy zostanie on wydalony z organizmu. Normalnie umysł powinien znajdować się w zawieszeniu, gdyż nieustanne jego działanie byłoby patologicznym stanem. Wszechświat działa sam przez się. Tyle wiem i to mi wystarcza.


R: Wynika z tego, że mędrzec (dżniani) tylko wtedy wie, co czyni, gdy kieruje swój umysł ku tej czynności. W przeciwnym razie asystuje tylko przy tym, co się dzieje.


M: Przeciętny człowiek nie jest świadomy swego ciała jako takiego. Zauważa tylko wrażenia, uczucia i myśli. A i te z chwilą przyjęcia dystansu usuwają się z ośrodka świadomości i towarzyszą człowiekowi bez potrzeby skupiania na nich uwagi.


R: Cóż więc pozostaje w ośrodku świadomości?


M: Coś, czemu nie można przypisać ani nazwy, ani kształtu, ponieważ nie ma ono żadnych właściwości i znalazło się poza świadomością. Można by określić to jako punkcik świadomości znajdujący się poza świadomością. Zupełnie jak dziurka w papierze, która choć znajduje się w nim, sama nie jest z papieru. Tak jest i z tym najwyższym stanem obecnym w samym ośrodku świadomości, a jednak poza nim. To jakby otwór w umyśle, przez który wlewa się do niego światło. Otwór jednak, to jeszcze nie światło. To tylko otwór.


R: Otwór to pustka, nieobecność.


M: Tak. Z punktu widzenia umysłu jest to tylko otwór służący wprowadzeniu do przestrzeni umysłowej promienia Wszechświadomości. Światło to może być porównane tylko do solidnej, spoistej, twardej jak skała, jednolitej i nie ulegającej zmianom masy czystej świadomości, wolnej od wszelkiego rodzaju umysłowych szablonów, od kształtu i nazwy.


R: Czy istnieje jakiś związek pomiędzy umysłem i ową Najwyższą Świadomością?


M: Najwyższa świadomość powołuje do istnienia umysł, zaś umysł powołuje do istnienia ciało.


R: A co znajduje się poza nimi?


M: Oto przykład: Pewien czcigodny jogin, mistrz sztuki długowieczności, sam w wieku np. 1000 lat, chce mnie nauczyć swego mistrzostwa. Jedyne, na co mogę się zdobyć, to pytanie: "Jakiż miałbym pożytek z tej długowieczności?". Pytanie to zadaję mu zresztą z szacunkiem i szczerym podziwem dla jego osiągnięć. Osobiście znajduję się już poza czasem. Jakkolwiek długie byłoby życie, stanowi ono i tak tylko chwilę i jest tylko snem. Podobnie znajduję się już poza wszelkimi cechami osobowymi. Pojawiają się one i znikają w mojej powłoce świetlnej, ale w żadnym razie nie mogą mnie określać. Wszechświat składa się z nazw i kształtów opartych na właściwościach i istniejących pomiędzy nimi różnicach, ale ja jestem poza tym wszystkim. Świat istnieje, ponieważ ja istnieję, ale ja nie jestem światem.


R: Żyje pan jednak w tym świecie!


M: To pan tak uważa. Ja natomiast wiem, że istnieje świat, który obejmuje także moje ciało i mój umysł, ale ja nie uznaję tego ciała i umysłu za bardziej „moje", niż wszystkie umysły i ciała istniejące w czasie i przestrzeni. Jestem poza czasem i poza przestrzenią.


R: Jeśli wszystko istnieje dzięki pańskiemu światłu, to czy nie jest pan twórcą tego świata?


M: Otóż nie jestem. W kręgu mojego światła rzeczy pojawiają się i znikają, jak pyłki kurzu tańczące w promieniach słońca. Światło prześwietla te pyłki, ale jest od nich niezależne. Nie można też mówić, że je tworzy ani że je zna.


R: Gdy zadaję panu pytanie, a pan mi odpowiada, to czy jest pan świadomy mego pytania i swojej odpowiedzi?


M: W rzeczywistości ani nie słyszę, ani nie odpowiadam. W świecie zjawisk zdarza się pytanie i zdarza się odpowiedź. Ale mnie nic się nie zdarza. Wszystko po prostu się dzieje.


R: A pan jest świadkiem?


M: Co to znaczy „świadek"? Po prostu się wie. Padał deszcz, a teraz przestało padać. Nie przemokłem. Wiem, że padało, ale nie zostałem tym dotknięty. Byłem tylko świadkiem deszczu.


R: Człowiek, który osiągnął pełnię realizacji i samorzutnie przebywa w stanie doskonałej świadomości, musi jednak jeść, pić itd. Czy jest on świadkiem tego, czy nie?


M: Świadomość powszechną albo umysł powszechny, nazywamy „eterem świadomości". Wszystkie przedmioty świadomości razem wzięte tworzą wszechświat. Zaś to, co pozostaje poza jednym i drugim, co podtrzymuje i wspiera jedno i drugie, jest stanem najwyższym - stanem absolutnej ciszy i milczenia. Ktokolwiek tam się udaje, znika. Stanu tego nie można dosięgnąć słowami ani umysłem. Może pan nazywać to Bogiem czy Parabrahmanem - zawsze będą to jednak tylko nazwy nadawane przez umysł. Jest to stan poza bytem i niebytem, stan bezimienny, beztreściowy i samoistny.


R: A czy jest się świadomym tego stanu?


M: Tak jak wszechświat jest ciałem dla umysłu, tak świadomość jest ciałem dla Najwyższego. Nie jest to świadome, ale działa na rzecz wyzwolenia świadomości.


R: W moim codziennym działaniu dużą rolę grają nawyki, automatyzm. Zdaję sobie sprawę z ogólnego kierunku, ale nie z każdego szczegółu. Ponieważ rozeznanie moje pogłębia się i rozszerza, niektóre szczegóły mają tendencję do przesuwania się w głąb podświadomości, dając mi swobodę w ogólnych dążeniach. Czy może w większym jeszcze stopniu zdarza się mędrcom to samo?


M: Na poziomie ludzkiej świadomości - tak. W stanie wszechświadomości - nie. Ten stan bowiem w istocie swej jest jednością, jest niepodzielny, stanowi jedną zwartą całość. Jedyna droga do poznania go, to stać się nim. Umysłem nie można do niego dotrzeć. Aby go postrzegać, nie potrzeba zmysłów, aby poznać go, nie trzeba umysłu.


R: Oto jak Bóg kieruje światem.


M: Bóg nie kieruje światem.


R: Wobec tego kto to czyni?


M: Nikt. Wszystko dzieje się samo przez się. Pan stawia pytanie i pan daje odpowiedź. Odpowiedź zna pan już w chwili stawiania pytania. Wszystko jest grą świadomości. Wszelkie podziały są iluzją. Poznać można tylko świat fałszywy. Prawdą pan sam stać się musi.


R: Istnieje świadomość poznawana i poznająca. Czy ta druga jest najwyższa?


M: Odróżnia się osobę od świadka-obserwatora. Gdy ujmie pan to jako jedność i ten stan przekroczy, znajdzie się pan w Stanie Najwyższym. Dzieje się to już poza bytem i niebytem. Nie jest to ani zwierciadło, ani obraz w zwierciadle. Rzeczywistość jest ponadczasowa, nieprawdopodobnie silna i trwała.


R: A czy oświecony mędrzec (dżniani) jest świadkiem, czy jest Najwyższym?


M: Oczywiście jest Najwyższym, ale można go też nazwać uniwersalnym świadkiem.


R: Ale pozostaje on osobą?


M: Jeśli uważa pan, że sam jest osobą, wszędzie będzie się pan dopatrywał istnienia osób. W rzeczywistości osób nie ma, są tylko ciągi wspomnień i nawyki. W chwili samorealizacji osoba znika. Pozostaje tożsamość, ale tożsamość to nie osoba, lecz nieodłączny element samej rzeczywistości. Osoba nie ma samoistnego bytu. Jest ona odbiciem w umyśle świadka, owego „ja jestem", które z kolei jest sposobem bytowania.


R: Czy Najwyższe jest świadome?


M: Nie jest ani świadome, ani nieświadome. Mówię to z własnego doświadczenia.


R: „Pradżnianam Brahma". Co to jest „Pradżnia"?


M: Jest to poznanie życia jako takiego, pozbawione elementu osobistej świadomości.


R: Czy oznacza to może witalność, energię życiową, żywotność?


M: Najpierw pojawia się energia, jako że każda rzecz jest Postacią energii. Świadomość jest najbardziej zróżnicowana podczas stanu czuwania. Nieco mniej w tak zwanych marzeniach sennych i jeszcze mniej podczas snu. Homogeniczna jest w stanie czwartym. Poza tymi stanami istnieje niewyrażalna monolityczna rzeczywistość, w której przebywa dżniani.


R: Zaciąłem się w rękę. Rana zagoiła się. Jakie siły spowodowały wyleczenie.


M: Sprawiła to siła życia.


R: Czym jest ta siła?


M: Jest świadomością. Wszystko jest świadome.


R: A co jest źródłem świadomości?


M: Sama świadomość jest źródłem wszystkiego.


R: Czy może istnieć życie bez świadomości?


M: Nie. Także świadomość nie może istnieć bez życia. Stanowią one jedność. Ale naprawdę ważne jest to ostatnie. Wszystko inne to sprawa nazwy i kształtu. Jak długo będzie pan sądził, że tylko to istnieje, co ma nazwę i kształt, tak długo będzie się panu wydawało, że nie istnieje Najwyższy Byt. Dopiero gdy pan zrozumie, że nazwy i kształty to puste skorupy bez jakiejkolwiek zawartości i że realne jest tylko to, co nie ma nazwy ani kształtu, co jest czystą energia życia i światłem świadomości, odnajdzie pan siebie w stanie pokoju, zatopionego w głębokiej ciszy Rzeczywistości.


R: Jeśli czas i przestrzeń nie są niczym innym, jak iluzją, a pan jest od niej wolny, to niech pan powie, jaka jest teraz pogoda w Nowym Jorku - słoneczna czy deszczowa?


M: Jakże mogę to powiedzieć? Tego rodzaju sprawy wymagają specjalnego przygotowania albo podróży do Nowego Jorku. Mogę być całkowicie pewny, że znajduję się poza czasem i przestrzenią, a jednak nie będę zdolny dowolnie umiejscawiać siebie w jakimś punkcie czasu i przestrzeni. Nie zależy mi na tym i nie widzę sensu w poddaniu się specjalnej zaprawie jogicznej. Mówił pan przed chwilą o Nowym Jorku. Nowy Jork to dla mnie słowo. Dlaczego miałbym wiedzieć więcej, niż to słowo wyraża? Każdy atom może być wszechświatem, równie skomplikowanym tworem jak nasz świat. Czy muszę je wszystkie poznawać? Oczywiście byłbym w stanie, gdybym odpowiednio poćwiczył.


R: Gdy pytałem o pogodę w Nowym Jorku, na czym polegał mój błąd?


M: Świat i umysł to stany bytu. To, co Najwyższe, nie jest stanem. Ono przenika wszystkie stany, ale samo nie jest stanem czegokolwiek innego. Jest całkowicie bezprzyczynowe, niezależne, doskonałe, jest poza czasem i przestrzenią, poza umysłem i wszelką materią.


R: W jaki sposób pan poznaje Najwyższe?


M: Rzecz w tym, że nie ma ono żadnych oznak. Nie ma niczego, po czym można by je poznać. Postrzega się je bezpośrednio, bez uprzedniego szukania jakichkolwiek znaków. Gdy odejdzie pan od nazw i kształtów, znajdzie się pan w świacie rzeczywistym. Nie potrzebuje pan przeprowadzać poszukiwań. Wielość i różnorodność są tylko grą umysłu. Rzeczywistość jest jedna.


R: Jeżeli Rzeczywistość nie daje nam znać o sobie, nie warto nawet o niej mówić.


M: Ale ona jest. Nie można temu przeczyć. Ona jest. W głębiach i w mroku - tajemnica nad tajemnicami. Ona istnieje, podczas gdy wszystko inne tylko się zdarza.


R: Czy jest niepoznawalna?


M: Trwa poza wiedzą i niewiedzą. Ale wolałbym mówić, że jest poznawalna, bo jeśli w ogóle coś poznajemy, to właśnie ową Rzeczywistość.


R: Czy cechą jej jest milczenie?


M: Milczenie jest także cechą umysłu. Wszystkie stany i cechy Pochodzą z umysłu.


R: A czym jest samadhi? M: Samadhi jest zawieszeniem ludzkiej świadomości. Radzę panu, aby dał pan swemu umysłowi spokój. Niczego pan nie potrzebuje ani od ciała, ani od umysłu.


20 czerwca 1970 r.


Rozmówca: Stale pan powtarza, że wydarzenia nie mają przyczyny. Po prostu rzeczy się dzieją i żadnej przyczyny nie można ustalić. Napewno jednak każda rzecz ma swoją przyczynę, jedną lub więcej. Jak mam rozumieć tę bezprzyczynowość zjawisk?


Maharaj: Z najwyższego punktu widzenia świat nie ma przyczyny.


R: Ale jakie są pana własne w tym względzie doświadczenia?


M: Świat nie ma żadnej przyczyny.


R: Nie pytam o przyczyny, które doprowadziły do stworzenia świata. Któż widział stworzenie świata? Być może nie miał on początku, istniał zawsze. Ale mnie o świat w tej chwili nie chodzi. Przyjmuję, że świat tak czy inaczej istnieje. Zawiera on jednak tyle rzeczy, a każda z nich musi mieć jakąś przyczynę, jedną czy więcej.


M: Zakładając istnienie świata w czasie i przestrzeni, świata opartego na zasadzie przyczynowości, zmuszony jest pan szukać przyczyn każdej rzeczy i znajdować je. Stawia pan pytanie i sam narzuca odpowiedź.


R: Pytanie moje jest bardzo proste. Widzę wiele rzeczy i wnioskuję, że każda z nich musi mieć jakąś przyczynę. Pan twierdzi, że z pańskiego punktu widzenia tak nie jest. Ale według Pana nic nie istnieje i sprawa związku przyczynowego w ogóle nie wchodzi w grę. Można sądzić, że dopuszcza pan jednak istnienie rzeczy, chociaż odmawia im pan związku z prawem przyczynowości. Tego nie mogę pojąć. Dlaczego odrzucać istnienie przyczyny, jeśli przyjmuje się istnienie rzeczy?


M: Przyjmuję tylko istnienie świadomości i wiem, że wszystko jest świadomością, podobnie jak obrazy na ekranie nie są niczym innym jak tylko światłem.


R: A jednak ruch światła ma swoją przyczynę.


M: Światło wcale się nie porusza. Wie pan dobrze, że ruch jest złudzeniem, jest następstwem przechwytywania i nadawania barw przez film. To, co się rusza, to film, a film to umysł.


R: Z tego nie wynika, że obraz nie ma przyczyny. Jest przecież film, aktorzy i technicy. Jest reżyser, producent, rozmaici wytwórcy. Światem kieruje związek przyczynowy. Wszystko jest ze sobą powiązane.


M: Ma pan rację, wszystko jest ze sobą powiązane. Dlatego właśnie każda rzecz jest wynikiem niezliczonej ilości przyczyn. Cały wszechświat uczestniczy w powstaniu każdej, choćby najmniejszej rzeczy. Rzecz jest taka, jaka jest, ponieważ świat jest taki, jaki jest. Wyobraźmy sobie, że handluje pan biżuterią. Między jedną i drugą sztuką biżuterii nie ma żadnego związku przyczynowego. Gdy przetapia się biżuterię, aby wykonać inną, to pomiędzy tymi dwoma przedmiotami nie ma żadnego związku przyczynowego. Wspólnym elementem jest złoto, ale nie można powiedzieć, że jest ono przyczyną takiego czy innego kształtu, lub takiej czy innej nazwy klejnotu. Złoto nie może być uznane za przyczynę, ponieważ samo przez się nie jest źródłem przemiany. A jednak całość jest ze złota. W ten sam sposób rzeczywistość czyni każdą rzecz możliwą, jakkolwiek czynniki, które wpływają na jej kształt i nazwę, nie wywodzą się z rzeczywistości. Ale po co zajmować się tak bardzo sprawami przyczyn? Cóż znaczą przyczyny, jeśli wytwory są tak przemijające? Pozwólmy rzeczom rozwijać się swobodnie.


R: Z punktu widzenia reguły względności każda rzecz musi mieć swoją przyczynę.


M: Komu jest potrzebny taki punkt widzenia? Zdolny pan jest do tego, aby patrzeć z punktu widzenia absolutu. Dlaczego więc cofać się do względności? Czyżby się pan bał absolutu?


R: Boję się, że zasnę nad tak zwanymi dowodami absolutu. Do przyzwoitego życia absolut nie jest potrzebny. Gdy komuś potrzebna jest koszula, kupuje materiał, woła bieliźniarkę itd.


M: Wszystko, co pan mówi, jest dowodem pańskiej niewiedzy.


R: A jakie jest stanowisko znawcy?


M: Istnieje światło i światło jest wszystkim. Wszystko inne jest tylko obrazem wykonanym ze światła. Obraz znajduje się w świetle a światło w obrazie. Życie i śmierć, jaźń i bezjaźń -proszę porzucić wszelkie takie myśli. Nic one panu nie dadzą.


R: Na jakiej podstawie zaprzecza pan istnieniu przyczynowości? Z punktu widzenia względności wszechświat jest przyczyną każdej rzeczy. Z punktu widzenia absolutu nie ma w ogóle żadnej rzeczy.


M: Jak pan doszedł do swoich pytań?


R: W samotnych bezsennych godzinach.


M: Taka jest natura tych problemów. Ale co dobrego może przynieść stan, z którego wydobywa się pan z poczuciem bezsilności? Jak pan może być komuś pomocny, gdy sam pan jest bezradny? Co to da, jeśli będzie pan wiedział, że jakieś sprawy są związane przyczynowo?


R: Świat i stan czuwania powstają razem i razem ustają.


M: Gdy umysł jest spokojny, absolutnie cichy, nie ma stanu czuwania.


R: Takie słowa jak Bóg, wszechświat, pełnia, absolut, Najwyższy itp. są tylko szumem w powietrzu, ponieważ nie można na nich oprzeć żadnego działania.


M: Porusza pan kwestie, na które sam może odpowiedzieć.


R: Proszę mnie tak nie łajać! Lubi pan przemawiać w imieniu całego wszechświata i różnych urojonych ludzi! I nikt nie może tutaj przyjść, by zakazać panu mówić w taki sposób. Nie znoszę takich nieodpowiedzialnych uogólnień! A pan chętnie chciałby je uosabiać. Bez związku przyczynowego nie będzie żadnego porządku ani nie będzie można podjąć żadnego celowego działania.


M: Czy chce pan poznać wszelkie przyczyny każdego wydarzenia? Czy jest to w ogóle możliwe?


R: Wiem, że to niemożliwe! Pytam jedynie, czy każda rzecz ma swoją przyczynę i czy można oddziaływać na przyczyny, kierując w ten sposób zjawiskami.


M: Aby wpływać na wydarzenia, nie potrzebuje pan znać ich przyczyn. Po co ta okrężna droga działania? Czyż nie jest pan źródłem i kresem każdego zjawiska? Proszę badać je u samego źródła.


R: Co dzień rano biorę do ręki gazetę i czytam z przerażeniem o okropnościach tego świata, o nienawiści i wojnach, o nędzy. Moje pytania wiążą się z tymi tragicznymi faktami, z poszukiwaniem ich przyczyn, z poszukiwaniem zaradczych środków. Tylko proszę mi nie zamykać ust stwierdzeniem, że to buddyzm! Proszę mi nie przyklejać etykietek. Pański upór w sprawie bezprzyczynowości niszczy wszelką nadzieję na popraw? świata.


M: Czuje się pan bezsilny, ponieważ wierzy, że żyje w świecie, a nie że świat żyje w panu. Kto pojawił się pierwszy - pan czy pańscy rodzice? Wydaje się panu, że urodził się w określonym czasie i w określonym miejscu, że ma ojca i matkę, ciało i imię. Oto błąd i źródło pana klęski! Oczywiście może pan zmienić swój świat, jeśli przyłoży się do tego. Któż powstrzymuje pana przed działaniem? Ja pana nigdy nie zniechęcałem. Czy istnieją przyczyny, czy nie - pańskim dziełem jest ten świat i pan może go zmienić.


R: Świat bez związków przyczynowych pozostaje całkowicie poza moją kontrolą.


M: Wręcz przeciwnie: świat, którego źródłem i podstawą jest pan sam, pozostaje w pełni w pańskiej mocy - może go pan zmienić. Rzecz stworzoną można zawsze zniweczyć albo odtworzyć. Stanie się wszystko, czego pan pragnie, jeśli rzeczywiście pan czegoś zapragnie.


R: Chciałbym wiedzieć, jak rozwiązać tragedie świata.


M: Przyczynił się pan do ich powstania przez swoje pożądania i lęki, teraz zaś się pan z nimi boryka. Stało się tak dlatego, że zapomniał pan o swej własnej istocie. Obraz na ekranie wziął pan za rzeczywistość. Kocha pan ludzi, cierpi z ich powodu i szuka dla nich ratunku. Ale nie jest to właściwa droga. Zacząć trzeba od siebie. Nie ma innego sposobu. Praca - oczywiście. Praca nie zaszkodzi.


R: Pański wszechświat mieści w sobie wszelkie możliwe doświadczenia. Jednostka kreśli sobie jakąś drogę i przechodzi przez różne przyjemne i przykre stany. Powstają pytania i poszukiwania, które mają rozszerzyć perspektywę i umożliwić jednostce wyjście poza jej ciasny świat, ograniczony i egocentryczny. Ten osobisty świat można zmienić. Wszechświat zaś jest ponadczasowy i doskonały.


M: Brać pozory za rzeczywistość jest ciężkim grzechem i przyczyną wszelkich klęsk. Jest pan wszechświadomością wszystko przenikającą i wieczną oraz nieskończenie twórczą. Wszystko inne jest ograniczone w czasie i przestrzeni. Proszę nie zapominać, kim pan jest. I oczywiście proszę pracować ku zadowoleniu swego serca. Praca i wiedza powinny iść razem.


R: Czuję, że nie panuję dostatecznie nad moim duchowym rozwojem. Układanie planów i próby realizacji do niczego u mnie nie prowadzą. Jeśli Bóg uzna ten owoc za dojrzały, zerwie go i spożyje. Może też pozostawić go na drzewie świata jeszcze przez ileś dni.


M: Czy sądzi pan, że Bóg pana zna? Przecież on nawet świata nie zna.


R: Pan ma swojego Boga. A mój jest inny. Mój jest miłosierny, cierpi razem ze mną.


M: Modli się pan, aby uratować jednego człowieka, zaś tysiące innych giną. Ale gdyby wszyscy przestali umierać, zabrakłoby miejsca na ziemi.


R: Nie chodzi mi o śmierć, ale o troski i cierpienie. Mój Bóg jest prosty i jakby bezradny. Nie ma on siły, aby zmusić nas do rozsądnego życia. On tylko patrzy i czeka.


M: Czy bezradność pana i pańskiego Boga nie świadczy o tym, że światem rządzi przypadek? Jedyną więc rzeczą, jaką może pan uczynić, jest wydostanie się z niego.


24 czerwca 1970 r.


Rozmówca: Bez pomocy Boga nie da się nic zrobić. Nawet pan nie siedziałby tutaj i do nas nie przemawiał.


Maharaj: Wszystko jest dziełem Boga. Ale jakie to ma znaczenie dla mnie, jeśli ja niczego nie pragnę? Co Bóg mógłby mi dać lub odebrać? Co moje - jest moje, i było moje, nawet gdy Boga jeszcze nie było. Oczywiście świadomość istnienia, poczucie, że jestem, to coś bardzo subtelnego, jak pyłek. Tu jest moje miejsce, nikt mi go nie dawał. Ziemia jest moja. To, co na niej rośnie, należy do Boga.


R: Czy Bóg wydzierżawił ziemię od pana?


M: Bóg jest mi oddany i zrobił to wszystko dla mnie.


R: A czy poza panem nie ma Boga?


M: Jakże może znajdować się poza mną? Świadomość „jestem" to korzeń, a Bóg to drzewo. Kogo mam czcić i za co?


R: Czy jest pan pobożny, czy też jest pan przedmiotem uwielbienia?


M: Ani jednym, ani drugim. Jestem samym uwielbieniem.


R: Za mało jest pobożności na świecie.


M: Ciągle chciałby pan naprawiać świat. Czy naprawdę sądzi pan, że świat czeka na to, aby pan go zbawił?


R: Nie wiem, jak wiele mógłbym zrobić, ale chcę spróbować. Czy pan uważa, że niesłusznie?


M: Czy istnieje jakiś świat bez pana? O świecie wie pan wszystko, ale nic o sobie. Jest pan środkiem swojego działania i nie dysponuje innymi środkami. Dlaczego nie zatroszczyć się o środki, zanim będzie pan myślał o samym działaniu?


R: Ja mogę czekać, ale świat nie może sobie na to pozwolić.


M: Cóż za niedorzeczny pogląd! Nie wnikając w samego siebie, zmusza pan świat do czekania.


R: Czekania - na co?


M: Na kogoś, kto by go uratował.


R: Bóg kieruje światem. Bóg go zbawi.


M: To pan tak uważa. Czy Bóg powiedział panu, że świat jest jego dziełem i przedmiotem jego troski, a nie pańskiej?


R: Dlaczego miałby być przedmiotem wyłącznie mojej troski?


M: Proszę to rozważyć. Któż inny poza panem może znać świat, w którym pan żyje?


R: Pan go zna. Każdy człowiek go zna.


M: Czy istniał ktoś taki spoza pańskiego świata, kto panu o tym powiedział? Ja i inni mnie podobni pojawiamy się w pańskim świecie na jedno mgnienie oka i znikamy. Wszyscy jesteśmy zdani na pana łaskę i niełaskę.


R: Nie jest aż tak źle! Istnieję przecież w pańskim świecie, tak jak pan istnieje w moim.


M: O moim świecie nie ma pan najmniejszego pojęcia. Żyje pan w świecie przez siebie stworzonym całkowicie zaślepiony.


R: Całkowicie? Ale czy naprawdę tak być musi?


M: W świecie, który jest dla pana więzieniem, pojawia się człowiek mówiący, że stworzony przez pana świat bolesnych sprzeczności nie jest ani ciągły, ani trwały, że opiera się na nieporozumieniu. Doradza, ażeby wydostał się pan z niego tą samą drogą, którą pan wszedł, zapominając o tym, czym pan jest. A więc wyjść z niego można tylko przez samopoznanie.


R: Jakie by to miało znaczenie dla świata?


M: Gdy będzie pan wolny od świata, będzie pan mógł coś dla niego zrobić. Dopóki jest pan jego więźniem, jest pan bezradny. Więcej nawet - cokolwiek by pan czynił w swoim stanie, pogarszałoby to sytuację.


R: Prawość uczyni mnie wolnym.


M: Prawość uszczęśliwi z pewnością pana i ten pański świat. I co z tego, jeśli nie jest to świat realny? Wszystko przeminie.


R: Bóg mi dopomoże.


M: Aby dopomóc, Bóg musi wiedzieć o pańskim istnieniu. Tymczasem pan i pański Bóg znajdujecie się w stanie snu. W tym stanie mogą pana spotkać ciężkie cierpienia. Nikt o tym nie będzie wiedział i nikt nie będzie mógł pomóc.


R: A więc wszystkie moje wątpliwości, moje poszukiwania i badania są bezużyteczne?


M: Zachował się pan, jak człowiek znużony zbyt długim snem. Ale są oznaki, że się pan budzi i wychodzi ze stanu sennego zamroczenia. Proszę nie stawiać sobie więcej pozornych problemów, nie stawiać pytań, na które odpowiedź jest panu z góry znana.


R: Nie zawsze znam odpowiedź.


M: Zna pan z całą pewnością. Werbalne problemy domagają się werbalnych odpowiedzi.


R: A jak dojść do odpowiedzi prawdziwej?


M: Stawiając prawdziwe pytania. Nie należy żonglować słowami, ale śmiało podjąć życie zgodne z własnym powołaniem. Człowiek gotowy umrzeć za prawdę, osiągnie prawdę.


R: Mam jeszcze inne pytanie. Istnieje osoba oraz znawca tej osoby. Istnieje także świadek. Czy znawca i świadek są tym samym, czy też są to odrębne stany?


M: Znawca i świadek są dwojgiem albo jednością. Gdy znawca i to, co znane, jest rozróżniane i oddzielane, świadek również występuje oddzielnie. Kiedy to, co znane, i znawca są jednością, świadek także jednoczy się z nimi.


R: Kto to jest dżniani? Czy jest on świadkiem, czy Najwyższym?


M: Dżniani jest jednym i drugim. Jest on bytem i wszechświadomością. W stosunku do świadomości ludzkiej jest on doskonałą wszechświadomością. W stosunku do wszechświata - czystym bytem.


R: A co z osobą? Kto pojawia się pierwszy: osoba czy znawca?


M: Osoba to coś bardzo małego. W rzeczywistości to tylko składnik. Trudno o niej nawet powiedzieć, że istnieje sama w sobie. Niedostrzegana - właściwie nie istnieje. Nie jest niczym innym, jak tylko cieniem umysłu, sumą wszystkich wspomnień. Czysty byt odbija się w zwierciadle umysłu jako poznanie. To, co pozostaje, przybiera kształt osoby na podstawie pamięci i nawyków. Jest to tylko cień lub projekcja znawcy na ekranie umysłu.


R: Jest więc zwierciadło i jest odbicie w zwierciadle. A gdzie znajduje się słońce?


M: Słońce to Najwyższy.


R: Musi ono być świadome.


M: Nie jest świadome ani nieświadome. Proszę nie myśleć o nim w kategoriach świadomości czy nieświadomości ludzkiej. Jest ono samym życiem, zawiera jedno i drugie, i jest poza nimi.


R: Życie jest takie mądre. Jak może ono być nieświadome?


M: Mówi się o nieświadomości, gdy w pamięci występuje luka. W rzeczywistości istnieje tylko świadomość. Całe życie jest świadome, a cała świadomość jest żywa.


R: Nawet kamienie?


M: Nawet kamienie są świadome i żywe.


R: Mój kłopot polega na tym, że skłonny jestem przeczyć istnieniu tego, czego nie mogę sobie wyobrazić.


M: Mądrzej byłoby zaprzeczyć istnieniu tego, co pan sobie wyobraża. Przecież wyobrażenia są nierealne.


R: Czy wszystkie wyobrażenia?


M: Wyobrażenia oparte na wspomnieniach są nierealne. Przyszłość nie jest zupełnie nierealna.


R: Jaka część przyszłości jest więc realna, a jaka nie?


M: Realne jest to, czego nie można przewidzieć i co nie jest spodziewane.


29 czerwca 1970


Rozmówca: Najwyższe siły umysłu to rozum, inteligencja oraz intuicja. Człowiek składa się z trzech ciał: fizycznego, umysłowego i przyczynowego (prana, mana i karana). Ciało fizyczne jest odbiciem jego bytu, umysłowe - jego wiedzy, zaś przyczynowe - jego radosnej twórczości. Wszystko to są oczywiście postacie ludzkiej świadomości, ale każda z nich, wraz ze swymi charakterystycznymi cechami, wydaje się czymś odrębnym. Inteligencja (buddhi) jest odbiciem siły poznawczej (czit) w umyśle. Dzięki niej umysł staje się zdolny do poznania. Im jaśniejsza inteligencja, tym szersza, głębsza i bliższa prawdy jest wiedza. Funkcją inteligencji jest poznawanie rzeczy, ludzi oraz samopoznanie. To ostatnie jest najważniejsze i obejmuje również poznawanie rzeczy i ludzi. Bez poznawania siebie i świata popada się w fałszywe wyobrażenia i pragnienia, a to z kolei prowadzi do stanu zniewolenia. Prawidłowe rozumienie siebie jest niezbędne do osiągnięcia wolności od więzów stwarzanych przez złudzenia. Wszystko jest dla mnie jasne w teorii, jednakże w praktyce popełniam fatalne błędy w różnych sytuacjach i wobec ludzi. Przez brak prawidłowych reakcji pogłębiam jeszcze bardziej moje zniewolenie. Życie biegnie zbyt szybko, jak na mój ciemny i powolny umysł. Uświadamiam sobie błędy zawsze za późno, wtedy gdy je znowu powtórzyłem.


Maharaj: Na czym więc polega pański problem?


R: Potrzebna mi jest nie tylko zdolność inteligentnego reagowania, ale także reagowania bardzo szybkiego. A szybka reakcja to reakcja w pełni spontaniczna, odruchowa. W jaki sposób mógłbym tę zdolność osiągnąć?


M: Zwierciadło nie może ściągnąć ku sobie promieni słońca. Może tylko zachować czystość. Kiedy umysł będzie gotowy, wówczas przeniknie go światło.


R: Czy światło pochodzi z jaźni, czy z umysłu?


M: Jest w obu. Dzięki jaźni jest ono niezmienne i nieuwarunkowane, zaś przez umysł podlega ruchowi i zmianie. Podobne to jest do kina. W filmie nie ma światła, ale film zabarwia światło i przechwytując je sprawia wrażenie ruchu. Proszę utrzymywać swój umysł w stanie czystości i spokoju, a reszta sama się zdarzy. Na początku potrzebny będzie panu ogromny wysiłek, ale w końcu dojdzie pan do doskonałości nie wymagającej już żadnego wysiłku.


R: Czy pan znajduje się w takim doskonałym stanie?


M: Doskonałość umysłu to jego czystość. Ja przebywam poza umysłem, poza wysokim czy niskim jego poziomem. Moją siostrą jest Najwyższa Świadomość. Znajduję się więc poza bytem i niebytem.


R: Czy medytacja pomogłaby mi w osiągnięciu pańskiego stanu?


M: Medytacja dopomoże panu w rozpoznaniu własnych więzów, rozluźnieniu ich i rozwiązaniu. Gdy nie będzie pan już do niczego przywiązany, wtedy osiągnie pan swój cel. Wszystko inne będzie panu dane.


R: Przez kogo?


M: Przez te same siły, które doprowadziły pana już tak daleko, które wzbudziły w pańskim sercu pragnienie prawdy i w umyśle wolę jej poszukiwania. Jest to ta sama siła, która utrzymuje Pana przy życiu. Może pan ją nazwać Życiem albo też Najwyższym.


R: Ta sama siła zabije mnie, kiedy przyjdzie na to czas.


M: Czy nie był pan obecny przy swoim urodzeniu? I czy nie będzie pan obecny przy swojej śmierci? Proszę znaleźć to, co jest zawsze obecne, a problem spontaniczności i doskonałości pańskich życiowych reakcji będzie rozwiązany.


R: Urzeczywistnienie tego, co wieczne, oraz spontaniczna i właściwa reakcja na zmienne sytuacje życiowe to dwie różne sprawy. Pan natomiast wydaje się je utożsamiać. Dlaczego?


M: Urzeczywistnić Wieczne, to stać się Nim, stać się pełnią, wszechświatem i wszystkim, co on zawiera. Każde wydarzenie jest skutkiem i wyrazem tej pełni oraz pozostaje z nią w absolutnej harmonii. Każda reakcja, która wyłania się z tej pełni, musi być właściwa, spontaniczna i natychmiastowa. Inaczej być nie może. Reakcja spóźniona jest błędna. Myśl, uczucie i działanie muszą stanowić jedność i muszą w czasie odpowiadać sytuacji, która je wyzwala.


R: Jak do tego dojść?


M: Już mówiłem. Proszę znaleźć to, co było obecne przy pana narodzinach i co będzie świadkiem pańskiego zgonu.


R: Chyba nie chodzi o mego ojca i matkę?


M: Tak, o Ojca-Matkę, o źródło pańskiego istnienia. Aby rozwiązać swój problem, musi pan sięgnąć głęboko. Dojdzie pan do rozwiązania, gdy uwolni się pan od żywiołu namiętności.


[1] lipca 1970 r.


Rozmówca: Pański sposób opisywania wszechświata jako całości składającej się z materii, umysłu i ducha podziela wiele osób. Istnieją jednak jeszcze inne koncepcje i człowiek ostatecznie nie wie, który system jest prawdziwy. Nasuwa się podejrzenie, że wszystkie te systemy są tylko grą słów i rzeczywistość nie mieści się w żadnym z nich. Według pana rzeczywistość składa się z trzech sfer: z materii-energii (madhakaś), świadomości ludzkiej (czidakaś) i czystego ducha (paramakaś). Pierwsza obejmuje ruch i bezwładność - to postrzegamy. Zdajemy sobie także sprawę z tego, że postrzegamy, jesteśmy bowiem świadomi i zarazem zdajemy sobie z tego faktu sprawę. W ten sposób mamy już dwie sfery: materię-energię i ludzką świadomość. Materia zdaje się posiadać wymiary przestrzenne, zaś energia - czasowe, ponieważ jest ona związana ze zmianami i mierzy się ją szybkością tych zmian. Świadomość wydaje się być czymś aktualnym, związanym z określonym punktem czasu i przestrzeni. O ile wiem, twierdzi pan, że świadomość to także coś uniwersalnego, coś Poza czasem, przestrzenią i poza osobą. W jakimś stopniu mogę zrozumieć, że nie ma sprzeczności pomiędzy tym, co Jest poza czasem i przestrzenią, a tym co, aktualne. Nie mogę jednak uznać bezosobowej świadomości. Dla mnie świadomość jest zawsze czymś indywidualnym i związanym z osobą. Pan zaś wydaje się mniemać, że możliwe jest postrzeganie bez osoby postrzegającej, poznawanie bez osoby poznającej, kochanie bez osoby kochającej, działanie bez osoby działającej. Mnie natomiast w każdej chwili życia uderza troistość w postaci poznawania, podmiotu poznającego i przedmiotu poznania. Świadomość zakłada istnienie świadomej istoty, przedmiotu świadomości oraz faktu bycia świadomym. To, co jest świadome, nazywam osobą. Osoba żyje w świecie i, jako jego część, oddziałuje nań i jest przedmiotem oddziaływania.


Maharaj: Dlaczego nie zbada pan, na ile rzeczywisty jest świat oraz osoba?


R: Och, nie! Nie potrzebuję tego badać. Wystarczy mi wiedzieć, że osoba jest nie mniej realna niż świat, w którym żyje.


M: A więc jakie jest pańskie pytanie?


R: Czy osoby istnieją realnie, a uniwersalia tylko pojęciowo, czy też uniwersalia istnieją realnie, zaś osoby to twór imaginacji?


M: Nic z tego nie jest realne.


R: A jednak jestem na tyle realny, by zasłużyć sobie na pańską odpowiedź. Jestem osobą.


M: Ale nie wtedy, gdy pan śpi.


R: Wyłączenie się nie oznacza nieobecności. Nawet gdy śpię, istnieję.


M: Aby być osobą, trzeba mieć samoświadomość. Czy ma pan ją zawsze?


R: Oczywiście nie wtedy, gdy śpię ani gdy znajduję się w omdleniu lub pod działaniem narkotyków.


M: Czy podczas godzin czuwania jest pan siebie świadomy?


R: Nie zawsze. Niekiedy jestem roztargniony albo po prostu czymś zaabsorbowany.


M: A czy jest pan osobą w tych przerwach samoświadomości?


R: Oczywiście pozostaję stale tą samą osobą. Pamiętam siebie dokładnie z wczorajszego dnia i z ubiegłego roku. Jestem tą samą osobą.


M: A więc, aby być osobą, potrzebna jest pamięć?


R: Oczywiście.


M: A czym pan jest bez pamięci?


R: Niekompletna pamięć pociąga za sobą niepełną osobowość. Bez pamięci nie mogę istnieć jako osoba.


M: Z całą pewnością tak. Istnieje pan podczas snu.


R: Tak, ale w tym sensie, że pozostaję żywy. W żadnym razie nie jako osoba.


M: Skoro zakłada pan, że jako osoba istnieje pan z przerwami, to czym pan jest w czasie tych przerw?


R: Istnieję, ale nie jako osoba. Ponieważ w czasie tych przerw nie jestem świadomy siebie, mogę powiedzieć tylko tyle, że istnieje, ale nie jako osoba.


M: Czy można by to nazwać istnieniem bezosobowym?


R: Nazwałbym to raczej istnieniem nieświadomym. Istnieję, ale nie wiem o tym, że istnieję.


M: A czy mógłby pan stwierdzić to samo o sobie w stanie nieświadomości?


R: Nie, nie mógłbym.


M: Może pan to powiedzieć tylko w czasie przeszłym: „nie wiedziałem, byłem nieświadomy", w tym znaczeniu, że pan nie zapamiętał.


R: Jak mógłbym coś zapamiętać, gdybym był nieświadomy?


M: Czy naprawdę był pan nieświadomy, czy tylko nic pan nie pamięta?


R: Nie bardzo rozumiem pytanie.


M: Proszę się zastanowić. Czy przypomina pan sobie każdą sekundę dnia wczorajszego?


R: Oczywiście, że nie.


M: A więc był pan świadomy, tylko pan nie pamięta?


R: Tak.


M: Może był pan świadomy także podczas snu, ale nic pan już nie pamięta?


R: Nie, nie byłem świadomy. Spałem. Nie zachowywałem się jak osoba świadoma.


M: Skąd pan o tym wie?


R: Od tych, co widzieli mnie śpiącego.


M: Mogli oni tylko stwierdzić, że widzieli pana leżącego spokojnie z zamkniętymi oczami i regularnie oddychającego. W żaden sposób nie mogli stwierdzić, czy był pan świadomy, czy nie. Jedynym sprawdzianem może być tylko pańska pamięć. Przedstawił pan bardzo niepewny dowód.


R: Tak, przyznaję, że według moich pojęć jestem osobą tylko w godzinach czuwania. Nie wiem, czym jestem w międzyczasie.


M: Teraz przynajmniej wie pan tyle, że pan nie wie. Skoro twierdzi pan, że nie jest świadomy w przerwach pomiędzy okresami czuwania, proponuję nie zajmować się więcej tymi przerwami. Przyjrzyjmy się bliżej godzinom spędzanym na jawie.


R: Ależ w moich snach jestem tą samą osobą.


M: Zgoda. Rozważmy to razem - czuwanie i sny. Różnica leży tylko w ciągłości tych zjawisk. Gdyby pańskie sny wykazywały konsekwentną ciągłość, przenosząc pana każdej nocy w to samo otoczenie i między tych samych ludzi, trudno byłoby panu orzec, co jest czuwaniem, a co snem. Dlatego też, gdy mówimy o stanie czuwania, stan snu również musimy wziąć pod uwagę.


R: Zgoda. Jestem osobą o świadomym stosunku do świata.


M: Czy świat i świadomy stosunek do niego mają istotne znaczenie dla pańskiego istnienia jako osoby?


R: Pozostałbym sobą, nawet gdyby zamurowano mnie w jaskini.


M: Zakłada to istnienie ciała i jaskini, ale także świata, w którym one będą przebywać.


R: Tak, rozumiem. Świat i świadomość świata mają dla mego istnienia jako osoby zasadnicze znaczenie.


M: Znaczy to, że osoba jest częścią, fragmentem świata, ale i odwrotnie. Tymczasem stanowią one jedność.


R: Świadomość jest czymś odrębnym. Osoba i świat pojawiają się w świadomości.


M: Powiedział pan „pojawiają się". Można by dodać: i znikają.


R: Nie, nie można. Mogę być świadomy tylko mojego pojawienia się i pojawienia się mego świata. Jako osoba nie mogę powiedzieć, że świata nie ma. Bez niego nie byłoby mnie tutaj. Tylko dlatego, że świat istnieje, jestem tutaj i stwierdzam, że on istnieje.


M: Być może chodzi o to samo. Za pana sprawą istnieje świat.


R: Mnie takie stwierdzenie wydaje się bez sensu.


M: W toku dalszych dociekań pańska ocena może ulec zmianie.


R: Od czego więc zaczniemy?


M: Wiem tyle, że jeśli coś jest uwarunkowane, to nie jest rzeczywiste. To, co rzeczywiste, jest w pełni niezależne. Skoro istnienie osoby zależy od istnienia świata i przez świat jest ona określona i ograniczona, to z pewnością osoba nie może istnieć realnie.


R: Nie może też chyba być snem.


M: Nawet sen ma swoją egzystencję, gdy się go doświadcza. Cokolwiek pan myśli i czuje - to istnieje. Jednak pańskie myśli i uczucia mogą nie być tym, za co pan je uważa. To, co traktuje pan jako osobę, może być czymś zupełnie innym.


R: Jestem tym, za kogo siebie uważam.


M: Nie może pan chyba tak twierdzić! Pańskie myśli o sobie samym z dnia na dzień ulegają zmianom, zmieniają się nawet co chwila. Pański obraz własnej osoby jest najmniej trwałą z rzeczy, jakie pan posiada. To bardzo przykre pozostawać na łasce przypadkowych okoliczności. Śmierć wśród najbliższych, utrata posady, obelga - i oto obraz własnej osoby zmienia się do głębi. Aby poznać, czym pan jest, powinien pan najpierw uprzytomnić sobie, czym nie jest. Aby zaś to sobie uprzytomnić, trzeba uważnie wsłuchać się w siebie i odrzucić wszystko, co wychodzi poza podstawowy fakt „jestem". Takie wyobrażenia, że urodził się pan w określonym dniu, w określonym miejscu, z określonych rodziców, że jest pan żonaty, że jest pan ojcem, że pracuje pan tam a tam - nic z tego nie jest zawarte w określeniu „jestem". Nasza typowa postawa wyraża się w słowach „jestem tym a tym". Musi pan oddzielać dokładnie i wytrwale wszystko, co mieści się w stwierdzeniu „jestem", od tego, co mieści się w stwierdzeniu „jestem tym a tym". Proszę spróbować odczuć, co znaczy być, po prostu być, bez utożsamiania się z czymkolwiek. Wszystkie nasze nawyki są przeciwne takiej postawie, toteż przezwyciężanie ich bywa długie i trudne. Jasne zrozumienie pomaga jednak wiele. Im wyraźniej zda pan sobie sprawę z tego, że na poziomie umysłu może pan siebie określić tylko poprzez negację, tym szybciej dojdzie pan do kresu poszukiwań i osiągnie swój wieczny byt.


7 lipca 1970 r.


Rozmówca: Mówi pan, że rzeczywistość jest jedna. Jedność, jednolitość to cecha osoby. A więc czy rzeczywistość jest osobą, której ciało stanowi wszechświat?


Maharaj: Cokolwiek pan o tym powie, będzie to prawdą i fałszem. Słowa bowiem nie sięgają poza umysł.


R: Niełatwo to zrozumieć. Mówi pan o sobie, o jaźni i o Najwyższym (wjakti, wjakta, awjakta). Światło Czystej Świadomości (pradżnia) skupione jest w Jaźni (dżiwatma) jako poczucie „jestem", oświeca umysł (antahkarana) jako świadomość (czetana) i jako życie (prana) ożywia ciało (deha). Wszystko wygląda ładnie, dopóki się o tym mówi. Kiedy jednak mam odróżnić osobę od Jaźni, a Jaźń od Najwyższego, wszystko mi się plącze.


M: Osoba nie jest nigdy podmiotem. Osobę może pan zobaczyć, ale pan nie jest osobą. Pozostaje pan zawsze Najwyższym, który pojawia się w danym punkcie czasu i przestrzeni jako świadek, jako łącznik pomiędzy Wszechświadomością Najwyższego i wieloraką świadomością osoby.


R: Gdy przyglądam się sobie, dostrzegam, że w gruncie rzeczy stanowię wiele osób walczących pomiędzy sobą o wykorzystanie mego ciała.


M: Odpowiadają one różnym skłonnościom (samskara) pańskiego umysłu.


R: A czy mógłbym te skłonności jakoś pogodzić?


M: W jaki sposób? Przecież są one tak sprzeczne! Proszę zauważyć, czym one są - tylko myślowymi i uczuciowymi nawykami, wiązką wspomnień i popędów.


R: Ależ wszystkie one mówią „jestem"!


M: Tylko dlatego, że utożsamia się pan z nimi. Z chwilą gdy zda pan sobie sprawę, że cokolwiek pojawia się przed panem, nie może nim być i nie może mówić „jestem", będzie pan wolny od wszelkich tkwiących w panu „osób" i nacisku z ich strony. Odczucie „jestem" należy tylko do pana i prawem tym nie może się pan dzielić z nikim. Jeśli jednak będzie pan je rozszerzać do takich stwierdzeń, jak na przykład „jestem młody", „jestem bogaty", będą to całkowicie fałszywe samoidentyfikacje prowadzące do zniewolenia.


R: Rozumiem. Nie jestem osobą lecz tym, co się w niej odbija i nadaje jej sens istnienia. A jaka jest rola Najwyższego? W jaki sposób poznaję siebie jako Najwyższego?


M: Źródło świadomości nie może być przedmiotem w świadomości. Aby znać źródło, trzeba być źródłem. Gdy zda pan sobie sprawę, że nie jest osobą lecz samym cichym świadkiem, i że nieustraszona Wszechświadomość jest pańskim prawdziwym bytem, wówczas stanie się pan tym bytem. Jest to wielkie źródło, niewyczerpana skarbnica możliwości.


R: Czy jest wiele źródeł, czy tylko jedno dla wszystkich?


M: Zależnie od tego, w jaki sposób, z której strony pan na to patrzy. W świecie jest wiele przedmiotów, lecz oko, które je widzi, jest jedno. Wyższy przedmiot zawsze jawi się niższemu jako jedność, zaś niższy wyższemu jako wielość. Jedna matka - wiele dzieci!


R: Czy wszystkie kształty i imiona pochodzą od jednego, tego samego Boga?


M: I w tym przypadku wszystko zależy od punktu widzenia. Na płaszczyźnie werbalnej wszystko jest względne. Absolut może być tylko doświadczany, nigdy zaś dyskutowany. Nie można go ująć słowami.


R: Jak można doświadczyć absolutu?


M: Absolut nie jest przedmiotem, który można zobaczyć i zarejestrować w pamięci. Dany jest on raczej w odczuciu. Bardziej pasuje do niego formuła „jaki" niż formuła „co". Należy go szukać w jakości, w wartości. Będąc źródłem wszystkiego, przebywa on w każdej rzeczy.


R: Jeśli jest źródłem wszystkiego, to po co i w jaki sposób się ujawnia?


M: Z niego rodzi się świadomość ludzka. A w świadomości znajduje się wszystko inne.


R: Dlaczego ośrodków świadomości ludzkiej jest tak wiele?


M: Obiektywny wszechświat (madhakaś) trwa w ciągłym ruchu powołując i likwidując niezliczone kształty. Gdziekolwiek kształt jednoczy się z życiem (prana), tam pojawia się ludzka świadomość (czetana) jako odbicie Najwyższej Świadomości.


R: Jak bardzo zajmuje to Najwyższego?


M: Cóż może go dotyczyć i w jaki sposób? Kaprysy rzeki nie oddziaływują na źródło, kształt biżuterii nie wpływa na rodzaj metalu, z którego jest ona wykonana. Czyż źródło światła ponosi odpowiedzialność za obraz, który pojawia się na ekranie? Najwyższy czyni każdą rzecz możliwą. Oto wszystko!


R: Jak to się dzieje, że pewne rzeczy zdarzają się a inne nie?


M: Szukanie przyczyn to ulubiona rozrywka umysłu. Nie istnieje dwoistość: przyczyna i skutek. Każda rzecz jest swoją własną przyczyną.


R: Celowe działanie nie jest więc możliwe?


M: Twierdzę, że świadomość obejmuje wszystko i wszystko jest w niej możliwe. Jeśli pan chce, może pan mieć przyczyny, ale tylko we własnym, wyimaginowanym świecie. Ktoś inny zadowoli się jedną przyczyną: wolą Boga. Podstawowa przyczyna jest jedna - „jestem".


R: Jaki istnieje związek pomiędzy jaźnią (wjakta) i Najwyższym (awjakta)?


M: Dla jaźni światem jest to, co znane. Najwyższe jest nieznane. Nieznane daje życie znanemu, ale pozostaje nieznane. Jeśli znane jest nieograniczone, to nieznane jest nieskończonością nieskończoności. Tak jak promień światła nigdy nie jest widoczny, chyba że tańczą w nim pyłki kurzu, tak i Najwyższy czyni wszystko znanym, nie ujawniając siebie.


R: Czy znaczy to, że nieznane jest niedostępne?


M: O nie! Najłatwiej do niego trafić, gdyż jest ono pańskim najprawdziwszym bytem (swarupa). Wystarczy, aby człowiek przestał pragnąć czegokolwiek poza nim.


R: A jeśli nie będę pragnął niczego, nawet Najwyższego?


M: Wtedy z pewnością pan umrze lub stanie się Najwyższym.


R: Świat jest pełen pożądań. Każdy czegoś pragnie. Kto właściwie pragnie, osoba czy jaźń?


M: Jaźń. Wszelkiego rodzaju pragnienia, święte czy bezbożne pochodzą z jaźni. Wszystkie one wspierają się na poczuciu „jestem".


R: Rozumiem to w przypadku pragnień pobożnych, uświęconych (satjakama), które mogą być w jaźni wyrazem Bytu -Świadomości - Szczęśliwości (Satczitananda). Ale niecne i bezbożne pożądania?


M: Wszelkie pragnienia zmierzają do szczęścia. Ich rodzaj i jakość zależą od warunków psychicznych (antahkarana). Gdzie dominuje gnuśność (tamas), spotykamy wypaczenia. Wraz z energią (radżas) wzrastają namiętności. Przy zachowaniu umiaru (sattwa) bodźcem pragnień jest dobra wola, współczucie, chęć dopomagania ludziom a nie zdobywania szczęścia dla siebie. Najwyższy jest poza tym wszystkim, a jednak dzięki jego nieskończonej hojności każde godziwe pragnienie może być spełnione.


R: A jakie pragnienia można uznać za godziwe?


M: Pragnienia, które niszczą swoje podmioty lub przedmioty, oraz takie, których nie sposób zadowolić, są same w sobie sprzeczne i nie mogą być spełnione. Tylko pragnienia, których motywacją jest miłość, życzliwość i współczucie, są dobroczynne zarówno dla podmiotu, jak i dla przedmiotu. I tylko takie mogą być spełnione.


R: Wszystkie pragnienia wywołują ból - i te bezbożne i te święte.


M: Nie taka sama jest ich bolesność. Namiętność powoduje cierpienie, współczucie - nigdy. Cały świat dąży do spełnienia wszystkich życzeń zrodzonych ze współczucia.


R: Czy Najwyższy zna siebie? Czy jest On świadomy?


M: Czynnik, który jest źródłem wszystkiego, musi także wszystkim dysponować. Cokolwiek wypływa z niego, musi znajdować się w nim w postaci zalążka. Jak każde nasienie w całej masie innych nasion zawiera wszystkie uprzednie doświadczenia swego gatunku i nosi w sobie zapowiedź niezliczonych lasów, tak i Nieznany obejmuje wszystko, co było lub mogło być, a także to, co będzie lub być może. Nieograniczone pole stawania się jest otwarte i dostępne - przeszłość i przyszłość współżyją i łączą się w odwiecznej teraźniejszości.


R: Czy żyje pan w Najwyższym Nieznanym?


M: A czy mógłbym żyć gdzie indziej?


R: Jak to się dzieje, że mówi pan w ten sposób o sobie?


M: W moim umyśle nigdy nie powstaje pożądanie.


R: A więc jest pan nieświadomy?


M: Wręcz przeciwnie! Dysponuję pełnią świadomości, ale ponieważ żadne pragnienia ani lęki nie dostają się do mego umysłu, panuje we mnie doskonała cisza.


R: Kto zna tę ciszę?


M: Ona sama siebie zna. Jest to cisza milczącego umysłu. Cisza obezwładnionych namiętności i pożądań.


R: Czy miewa pan niekiedy pragnienia?


M: Pragnienia są tylko falami w umyśle. Należy je śledzić i poznawać. Pragnienie jest jednym z wielu zjawisk. Nie odczuwam potrzeby zaspokajania go, nic w tym kierunku nie podejmuję. Wolność od pragnień oznacza, że nie ma przymusu, aby je zaspokajać.


R: Dlaczego pragnienia w ogóle powstają?


M: Ponieważ ludzie wyobrażają sobie, że się urodzili i umrą, jeśli nie będą martwić się o swoje ciało. Pragnienie ucieleśnionej egzystencji jest główną przyczyną udręki.


R: A jednak tak wiele indywidualnych istnień (dziwa) umiejscawia się w ciałach. Z pewnością nie jest to przypadek, musi w tym być jakiś cel. Ale jaki?


M: Aby poznać samą siebie, jaźń musi skonfrontować się ze swoim przeciwieństwem - bezjaźnią. Pragnienia prowadzą do doświadczeń życiowych, a doświadczenia do zdolności rozpoznawania, do niezależności i wreszcie do wyzwolenia poprzez samopoznanie. Czym ostatecznie jest wyzwolenie? Jest to zrozumienie, że znajdujemy się poza narodzinami i śmiercią. Przez zapomnienie kim jest i wyobrażanie siebie jako stworzenia śmiertelnego, człowiek przysparza sobie tak wiele różnych trudności. Trzeba obudzić się jak ze złego snu.


R: Czy trzeba cierpieć, aby się obudzić?


M: Budzi dociekanie. Nie trzeba czekać na cierpienie. Lepiej medytacją przeniknąć wprost do szczęścia, aby umysł znalazł się w harmonii i spokoju.


25 lipca 1970 r.


Rozmówca: Czy praktykowanie jogi jest zawsze świadome, czy też może być zupełnie nieświadome, to jest poniżej progu świadomości?


Maharaj: U początkujących praktykowanie jogi jest zawsze wynikiem aktu woli i często wymaga wielkiej determinacji. Ci jednak, którzy praktykują ją rzetelnie przez wiele lat, a nawet przez niejedno życie, zmierzają do samorealizacji przez cały czas, świadomie lub nieświadomie. Najbardziej skuteczna jest praktyka (sadhana) nieświadoma, ponieważ jest ona spontaniczna i wytrwała.


R: Jak się przedstawia sytuacja człowieka, który szczerze oddawał się jodze przez jakiś czas, ale później zniechęcił się i zaprzestał wszelkich w tym zakresie wysiłków?


M: To, co wydaje się, że człowiek robi lub nie robi, jest często mylące. Pozorny letarg może być po prostu gromadzeniem sił. Przyczyny naszego zachowania się są bardzo subtelne. Nie trzeba spieszyć się z potępianiem lub oskarżaniem. Proszę pamiętać, że joga jest dziełem wewnętrznego „ja" (wjakta) dokonywanym na zewnętrznym „ja" (wjakti). Wszystko, co czyni zewnętrzne „ja", jest tylko odpowiedzią na to, co dzieje się wewnątrz.


R: A jednak czynnik zewnętrzny pomaga.


M: W jakiej mierze i w czym? Sprawuje pewną kontrolę nad ciałem i może wpływać dodatnio na postawę człowieka i na proces oddychania. Ale jako umysł czynnościami umysłu, myślą i uczuciem prawie nie kieruje. To czynnik wewnętrzny może kontrolować zewnętrzny, który mądrze zrobi, jeśli się podporządkuje.


R: Jeśli za duchowy rozwój człowieka ostatecznie ponosi odpowiedzialność czynnik wewnętrzny, to dlaczego ten zewnętrzny jest tak bardzo eksponowany?


M: Czynnik zewnętrzny może pomagać przez zachowanie spokoju i odporność na pożądanie i lęk. Może pan zauważył, że wszystkie zalecenia dla czynnika zewnętrznego podawane są w formie negacji, na przykład nie czyń tego, zaprzestań, powstrzymaj się, wyrzeknij, zrezygnuj, poświęć się, poddaj się, patrz na fałsz jak na fałsz. Nawet krótki opis rzeczywistości formułowany jest za pomocą przeczenia „nie to, nie to" (neti, neti). Wszystkie natomiast pozytywy odnoszą się do czynnika wewnętrznego, zaś terminy absolutne - do Rzeczywistości.


R: A w zwykłym doświadczeniu jak mamy odróżniać czynnik wewnętrzny od zewnętrznego?


M: Czynnik wewnętrzny jest źródłem inspiracji, zaś czynnik zewnętrzny uruchamia pamięć. Źródła inspiracji nie sposób wytropić, podczas gdy wszelka pamięć gdzieś ma swój początek. Stąd czynnik zewnętrzny jest zawsze określony, a dla wewnętrznego brakuje wyrazu. Błąd osób początkujących polega na tym, że wyobrażają sobie wnętrze jako coś uchwytnego i zapominają, że wszystko, co daje się pochwycić, jest przemijające, a więc nierzeczywiste. Realne jest tylko to, co postrzeganie umożliwia. Można to nazwać Życiem, Brahmanem albo jeszcze inaczej.


R: Czy aby znaleźć ten wyraz, Życie musi posiadać ciało?


M: Ciało chce żyć. To nie życie potrzebuje ciała, lecz ciało potrzebuje życia.


R: Czy życie działa w tym przypadku świadomie?


M: A czy miłość działa świadomie? I tak i nie. Życie jest miłością. Cóż utrzymuje ciało w jedności, jeśli nie miłość? Czymże jest pożądanie, jak nie miłością samego siebie? Czymże jest strach, jak nie wołaniem o bezpieczeństwo? A czymże jest poznanie, jak nie ukochaniem prawdy? Środki i metody mogą być niewłaściwe, ale motywem jest zawsze miłość - ukochanie swego „ja" i swego „moje". „Ja" i „moje" mogą się rozrastać, aż ogarną wszechświat, ale miłość pozostaje zawsze ta sama.


R: Powtarzanie imienia Boga jest w Indiach rozpowszechnionym zwyczajem. Czy ma to jakąś wartość?


M: Gdy zna się imię jakiejś osoby lub rzeczy, można ją łatwo odnaleźć. Przez wołanie Boga po imieniu zbliża go pan do siebie.


R: W jakiej postaci Bóg się objawia?


M: To zależy od oczekiwań. Jeśli zdarzyło się człowiekowi nieszczęście i zły los, a jakaś świątobliwa dusza da mu mantrę na szczęście, on zaś powtarza ją z wiarą i nabożeństwem, to los musi się odmienić. Niezachwiana wiara jest silniejsza niż przeznaczenie. Przeznaczenie wynika najczęściej ze zdarzeń przypadkowych i dlatego jest luźnym splotem. Ciągłe stosowanie mantry z głęboką wiarą i najlepszą nadzieją może łatwo przezwyciężyć przeznaczenie.


R: Gdy wymawia się mantrę, to co właściwie się dzieje?


M: Dźwięk stwarza kształt, w który wciela się Jaźń. Jaźń może wcielać się w każdy kształt i poprzez niego działać. Ostatecznie Jaźń wyraża się w działaniu, a mantra jest po prostu energią w działaniu. Oddziałując na kogoś, wpływa także na jego otoczenie.


R: Stosowanie mantry należy do tradycji. Czy jest ono konieczne?


M: Od niepamiętnych czasów wytworzyła się więź pomiędzy niektórymi słowami i odpowiednimi rodzajami energii, wzmacniana przez niezliczone powtórzenia. Jest to łatwy potrzebna jest tylko wiara.


R: W Europie nie ma tradycji mantr, za wyjątkiem niektórych klasztorów kontemplacyjnych. Jaki może być z niej pożytek dla współczesnej młodzieży na zachodzie?


M: Oczywiście żaden. Prawidłowym postępowaniem dla młodego człowieka na zachodzie jest przyzwyczajanie się do myśli, że jest on podstawą wszelkiej wiedzy, niezmienną i odwieczną świadomością wszystkiego, co dzieje się w kręgu umysłu i zmysłów. Gdy świadomy i czujny będzie o tym zawsze pamiętał, przerwie więzy nieświadomości i przeniknie do czystego życia, światła i miłości. Idea „jestem tylko świadkiem" oczyści ciało i umysł oraz otworzy oko mądrości. Człowiek wykracza wtedy poza świat ułudy, a dusza jego staje się wolna od wszelkich pragnień. Tak jak lód zmienia się w wodę, woda w parę, a para rozpływa się w powietrzu i znika w przestrzeni, tak i ciało rozpływa się w czystej świadomości (czidakaś), a następnie w czystym bycie (paramakaś), który znajduje się już poza wszelkim istnieniem i nieistnieniem.


R: Człowiek wyzwolony je, pije, śpi. Co go do tego skłania?


M: Ta sama siła, która utrzymuje w ruchu wszechświat.


R: Wszyscy są poruszani przez tę samą siłę. Na czym więc polega różnica?


M: Na jednym tylko: człowiek wyzwolony zna to, o czym inni ludzie zaledwie słyszeli, ale czego nie doświadczali. Rozumowo mogą wydawać się przekonani, ale w działaniu ujawniają swoje więzy, podczas gdy człowiek wyzwolony działa zawsze z wewnętrznego impulsu i nigdy nie kieruje się żadnym motywem. Dlatego zachowanie jego jest zawsze właściwe.


R: Każdy mówi „jestem". Człowiek wyzwolony także. Na czym polega różnica?


M: Różnica polega na odmiennym znaczeniu słowa „jestem", na odmiennym odczuciu i działaniu. Gdy człowiek wyzwolony mówi: „jestem światem, świat jest mój", ma to pełne pokrycie. Odpowiadają temu jego myśli, uczucia i czyny, stanowi on jedność ze wszystkim, co żyje. Może on nawet nie znać teorii i praktyki samorealizacji, może być urodzony i wychowany poza kręgiem religijnych i metafizycznych pojęć, ale nie będzie najmniejszej skazy w jego rozumowaniu i współczuciu.


R: Może się zdarzyć, że spotkam nagiego i głodnego żebraka, i zapytam go: „Kim jesteś?". A on mi odpowie: „Jestem Najwyższą Jaźnią". Ja mu na to: „Skoro jesteś Najwyższym, zmień swój obecny stan". Co on uczyni?


M: Zapyta pana: „Jaki stan? Co wymaga zmiany? Co jest niewłaściwego we mnie?"


R: Dlaczego by tak odpowiedział?


M: Ponieważ nie jest obciążony pamięcią, nie utożsamia się już z przeszłością. Używa wprawdzie pamięci, ale pamięć nie może jego użyć.


R: A czy wiedza nie polega na pamięci?


M: Zwykła wiedza - tak. Ale wyższy stopień wiedzy, to jest poznanie Rzeczywistości, należy do prawdziwej natury człowieka.


R: Czy mogę o sobie powiedzieć, że nie jestem zwykłą świadomością ani jej przedmiotami?


M: Dopóki jest pan poszukującym uczniem, proszę trzymać się raczej myśli, że jest pan czystą świadomością pozbawioną wszelkiej treści. Wyjście poza zwykłą świadomość to stan najwyższy.


R: Czy pragnienie samorealizacji powstaje w świadomości, czy poza nią?


M: Oczywiście w świadomości. Wszystkie pragnienia wywodzą się z pamięci i znajdują się w kręgu świadomości. To, co znajduje się poza tym kręgiem, nie wymaga żadnego wysiłku. Samo pragnienie wyjścia poza świadomość należy w dalszym ciągu do sfery świadomości.


R: Czy istnieje jakiś ślad lub znak tego, co znajduje się poza świadomością?


M: Nie, nie może istnieć.


R: Jakie więc ogniwo łączy jedno i drugie? Jak można znaleźć drogę pomiędzy dwoma stanami, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Czyż nie Najwyższa Świadomość stanowi ogniwo?


M: Najwyższa Świadomość jest też rodzajem świadomości.


R: Cóż więc znajduje się poza tym wszystkim? Czy próżnia?


M: Próżnia jest także pojęciem należącym do świadomości ludzkiej. Pełnia i próżnia są pojęciami względnymi. Rzeczywiste znajduje się poza - nie w stosunku do ludzkiej świadomości, ale w stosunku do wszelkich zależności. Trudność powstaje, gdy używa się terminu „stan". Rzeczywiste nie jest stanem umysłu, świadomości lub duszy i nie jest też stanem czego innego. Nie ma również początku i końca, swego bytu czy niebytu. Wszystkie przeciwstawne cechy są w nim zawarte, ale jego samego te cechy nie dotyczą. Nie należy go również traktować jako kresu pewnej przemiany. Odsłania się ono, gdy zwykła świadomość przestaje istnieć. Wówczas określenia „jestem człowiekiem", „jestem Bogiem" nie mają w ogóle sensu. Tylko w ciszy i ciemności można Rzeczywiste usłyszeć i zobaczyć.


20 marca 1971 r.


Rozmówca: Jestem z zawodu lekarzem. Zacząłem od chirurgii, potem przerzuciłem się na psychiatrię. Napisałem kilka książek na temat zdrowia psychicznego i leczenia przy pomocy wiary. Przyszedłem do pana, aby poznać prawa rządzące duchowym zdrowiem.


Maharaj: Gdy próbuje pan wyleczyć pacjenta, co właściwie stara się pan leczyć? Czym jest leczenie? Kiedy może pan powiedzieć, że człowiek jest wyleczony?


R: Staram się leczyć ciało, jak i naprawiać więź pomiędzy ciałem i umysłem. Próbuję także ustawiać prawidłowo umysł.


M: Czy zbadał pan związek między ciałem i umysłem?


R: Pomiędzy ciałem i przenikającą je świadomością znajduje się umysł.


M: Czy ciało nie jest zbudowane z pożywienia? A czy może istnieć jakiś umysł bez pożywienia?


R: Ciało zbudowane jest i utrzymywane przez pożywienie. Umysł pozbawiony pożywienia działa zazwyczaj słabo. Ale umysł to nie tylko kwestia pożywienia. Istnieje jeszcze czynnik przetwarzający, który powołuje umysł w ciele. Czym jest ten czynnik przetwarzający?


M: Tak jak drewno wytwarza ogień, który nie jest drewnem, tak i ciało wytwarza umysł, który nie jest ciałem. U kogo jednak umysł się pojawia? Kto jest obserwatorem myśli i uczuć nazywanych przez pana umysłem? Jest drewno i ogień i jest także użytkownik ognia. A kto korzysta z umysłu? Czy użytkownik jego jest także efektem pożywienia, czy też jest on niezależny?


R: Obserwator jest niezależny.


M: Skąd pan wie? Proszę mówić na podstawie własnego doświadczenia. Mówi pan, że nie jest ciałem ani umysłem. Skąd pan o tym wie?


R: Naprawdę nie wiem. Przypuszczam tylko.


M: Prawda jest trwała. Rzeczywisty byt jest niezmienny. To, co się zmienia, nie jest realne; co jest realne, nie ulega zmianom. A co w panu nie ulega zmianom? Jak długo się pan odżywia, istnieje ciało i umysł. Gdy nie będzie pożywienia, ciało zemrze a umysł ulegnie rozkładowi. A czy świadek ulega zniszczeniu?


R: Przypuszczam, że nie. Ale nie mam na to dowodu.


M: Pan sam jest dowodem. Żadnego innego dowodu pan nie ma i mieć nie może. Pan jest sobą, pan zna siebie, pan kocha siebie. Wszystko, co czyni umysł, czyni z miłości do siebie. Samą istotę jaźni stanowi miłość; jaźń jest kochana, kochająca i godna miłości. To jaźń czyni ciało i umysł tak interesującymi, tak drogimi. Troska, jaką się je otacza, pochodzi z jaźni.


R: Jeśli jaźń nie jest ciałem ani umysłem, to czy może ona istnieć bez ciała i umysłu?


M: Tak, może. Jest to sprawa faktycznego doświadczenia: istnienie jaźni nie zależy od umysłu i ciała. Jest to byt - świadomość - szczęśliwość. Świadomość bytu jest szczęśliwością.


R: Może to być przedmiotem doświadczenia dla pana, ale nie dla mnie. Jak mogę dojść do takiego samego doświadczenia? Jakie podjąć praktyki, jakie wykonać ćwiczenia?


M: Aby przekonać się, że nie jest pan ciałem ani umysłem, niech pan siebie stale obserwuje i żyje w oderwaniu od ciała i umysłu, zupełnie na uboczu, jak gdyby pan był martwy. To znaczy, że nie może pan mieć żadnych zainteresowań związanych z ciałem czy z umysłem.


R: To niebezpieczne!


M: Nie żądam od pana samobójstwa. Nie jest ono zresztą możliwe. Może pan zabić tylko ciało, ale nie może pan zatrzymać procesu myślenia ani zlikwidować osoby, którą pan jest w swoim mniemaniu. Wystarczy, aby pan pozostał niezaangażowany. Taka zupełna powściągliwość, obojętność w stosunku do umysłu i ciała, będą najlepszym dowodem, że w głębi swej istoty nie jest pan ani ciałem, ani umysłem. Może pan co prawda nie mieć wpływu na to, co dzieje się z ciałem i umysłem, ale może pan zawsze położyć kres wyobrażaniu sobie siebie jako ciało i umysł. Cokolwiek się dzieje, niech pan pamięta, że odnosi się to tylko do pańskiego ciała i umysłu, ale nie do pana. Im lepiej pan będzie o tym pamiętał, tym szybciej uświadomi pan sobie, czym pan jest, ponieważ pamiętanie zamieni się w doświadczenie. Żarliwość ujawnia prawdziwy byt. Rzecz wyobrażana i upragniona staje się rzeczywistością - jest to niebezpieczeństwem, ale i drogą wyjścia. Niech mi pan powie, co pan zrobił, aby oddzielić swoje prawdziwe „ja" - to, co jest w panu niezmienne - od swego ciała i umysłu?


R: Jestem lekarzem. Wiele się uczyłem. Narzuciłem sobie ścisłą dyscyplinę ćwiczeń i okresowych postów, a poza tym jestem wegetarianinem.


M: A w głębi serca co jest pańskim pragnieniem?


R: Chcę odnaleźć rzeczywisty byt.


M: Jaką cenę jest pan gotów za to zapłacić? Każdą cenę?


R: W teorii - każdą cenę. W praktycznym jednak życiu pomiędzy mną i rzeczywistym bytem pojawiają się ciągle siły przeciwstawne. Odciągają mnie różne pragnienia.


M: Niech pan postępuje naprzód i rozszerza swe pragnienia, aż tylko rzeczywisty byt będzie mógł je zaspokoić. To nie pragnienia są złe, ale ich ograniczoność i małostkowość. Oddanie i nabożność to także pragnienia. Musi pan koniecznie być oddany temu, co rzeczywiste, nieskończone, co stanowi wieczne źródło bytu. Trzeba przetworzyć pragnienie w miłość. Chce pan przecież być szczęśliwy. Wszystkie pańskie pragnienia są wyrazem tęsknoty do szczęścia. W gruncie rzeczy dobrze pan sobie życzy.


R: Wiem, że nie powinienem...


M: Przepraszam! Kto powiedział, że pan nie powinien? Czy to źle, że ktoś chce być szczęśliwy?


R: Wiem o tym, że trzeba odrzucić własne „ja".


M: Ale jaźń istnieje. Pańskie pragnienia istnieją. Pańska tęsknota do szczęścia istnieje. Dlaczego? Bo kocha pan siebie. Proszę kochać siebie - ale mądrze. Zła jest głupia miłość, która sprowadza cierpienie. Niech pan kocha siebie mądrze. Zarówno pobłażanie sobie, jak i skromność mają na względzie ten sam cel: uczynić pana szczęśliwym. Folgowanie sobie to droga głupia. Skromność i powściągliwość to droga mądra.


R: Na czym polega powściągliwość?


M: Powściągliwością jest nie uleganie jakiemuś już przeżytemu doświadczeniu i nie powtarzanie dawnych błędów. Unikanie tego, co niekonieczne, nie spodziewanie się rozkoszy lub bólu, baczne obserwowanie siebie przez cały czas - tym jest powściągliwość. Pragnienie samo w sobie nie jest złe. Jest ono wyrazem samego życia, jest wołaniem o wyższy stopień wiedzy i doświadczenia. To pański wybór przedmiotu pragnień jest zły. Wyobrażanie sobie, że takie błahe rzeczy, jak jedzenie, seks, władza, sława, uczynią pana szczęśliwym, jest oszukiwaniem siebie. Tylko coś tak rozległego i głębokiego jak pańskie prawdziwe „ja" może uczynić pana prawdziwie i trwale szczęśliwym.


R: Skoro w pragnieniu, które jest przejawem miłości własnej, nie ma niczego złego, w jaki sposób należałoby je wykorzystywać?


M: Przeżywać inteligentnie swoje życie, nieustannie pamiętając o swej najgłębszej jaźni. Ostatecznie o co panu naprawdę chodzi? O doskonałość - nie, bo jest pan doskonały. W gruncie rzeczy pragnie pan wyrazić w działaniu to, czym pan w istocie swej jest. Dla tego celu ma pan do dyspozycji ciało i umysł. Niech pan je weźmie w swoje ręce i każe im służyć sobie.


R: Kto tutaj ma działać? Kto ma wziąć w swoje ręce ciało i umysł?


M: Oczyszczony umysł jest wiernym sługą jaźni. Sprawuje on władzę nad wewnętrznymi i zewnętrznymi narządami oraz każe im pełnić swe role zgodnie z przeznaczeniem.


R: A jakie jest ich przeznaczenie?


M: Jaźń jest uniwersalna i jej cele są uniwersalne. Jaźń nie ma w sobie nic osobistego. Niech pan prowadzi uporządkowane życie, ale niech pan z tego nie robi samoistnego celu. Powinno ono być punktem wyjścia ku wielkiej przygodzie.


R: Czy radziłby mi pan przyjeżdżać do Indii od czasu do czasu?


M: Jeśli pan traktuje rzecz poważnie, nie ma potrzeby odbywania takich podróży. Jest pan sobą bez względu na to, gdzie pan się znajduje, i pan sam tworzy swój własny klimat. Ruch i przenoszenie się nie dadzą panu zbawienia. Nie jest pan ciałem, więc przenoszenie ciała z miejsca na miejsce nigdzie pana nie zaprowadzi. Ma pan wolny umysł i może pan wędrować przez trzy światy - niech pan w pełni z tego korzysta.


R: Jeśli jestem wolny, dlaczego znajduję się w ciele?


M: Nie pan jest w ciele, ale to ciało jest w panu. Umysł jest w panu. One się panu przydarzyły. Znalazły się tu, ponieważ pan się nimi zainteresował. Sama pańska natura ma nieskończoną zdolność radowania się i pełna jest zapału oraz uczucia. Promieniuje na wszystko, co znajduje się w centrum jej świadomości, i nie odrzuca niczego. Nie zna brzydoty ani zła, jest pełna nadziei, ufności i miłości. Nie wiecie, ludzie, jak wiele tracicie nie znając swej prawdziwej jaźni. Nie jesteście ciałem ani umysłem - ani drewnem, ani ogniem. Pojawiają się one i znikają zgodnie z własnymi prawami. Jesteście przecież własną prawdziwą jaźnią i ją kochacie. Cokolwiek czynicie, czynicie to dla własnej szczęśliwości. Głównym zadaniem waszym jest osiągnąć ją, poznać i pielęgnować. Od niepamiętnych czasów kochaliście siebie ale nigdy mądrze. Używajcie waszego ciała i umysłu mądrze, w służbie własnej jaźni. Bądźcie wierni waszej prawdziwej jaźni, kochajcie ją bez zastrzeżeń. Nie udawajcie, że kochacie bliźnich tak, jak siebie samych. Zanim nie uświadomicie sobie ich jedności z wami, pokochać ich nie możecie. Nie stwarzajcie pozorów, że jesteście tym, czym nie jesteście, i nie wypierajcie się tego, czym jesteście naprawdę. Wasza miłość ku innym jest wynikiem waszego samopoznania, a nie jego przyczyną. Bez samorealizacji żadna cnota nie jest autentyczna. Gdy będziecie wiedzieć bez cienia wątpliwości, że we wszystkim, co istnieje, płynie to samo życie i że wy jesteście tym życiem, pokochacie wszystko w sposób naturalny i spontaniczny. Gdy zdacie sobie sprawę z głębi i pełni waszej miłości do siebie samych, będziecie wiedzieć, że każde żywe stworzenie i cały wszechświat mieszczą się w waszym uczuciu. Kiedy jednak patrzycie na coś, jak na rzecz od was oddzieloną, pokochanie tego nie jest możliwe, ponieważ się tego boicie. Alienacja powoduje lęk, a lęk pogłębia alienację. Błędne koło. Tylko samorealizacja może je przerwać. Niech pan dąży do niej zdecydowanie i wytrwale.


14 sierpnia 1971 r.


Rozmówca: Przybyłem z Anglii. Wybieram się teraz do Madrasu, gdzie spotkam swego ojca, z którym mam powrócić do Londynu. Będzie to daleka podróż samochodem. Studiuję psychologię. Nie wiem jeszcze, co będę robił po dyplomie. Może zajmę się psychologią przemysłową, może psychoterapią. Mój ojciec jest lekarzem. Chyba podążę w jego ślady. To, o czym przed chwilą mówiłem, stanowi tylko część moich problemów. Są przecież także pewne pytania odwieczne, na które pan podobno udziela odpowiedzi.


Maharaj: Wątpię, czy jestem właściwą osobą do udzielania odpowiedzi. O ludzkich sprawach wiem niewiele. Wiadomo mi tylko, że jestem i pan wie o sobie to samo. Jesteśmy sobie równi.


R: Oczywiście, wiem że jestem. Ale co to znaczy? Jak to należy rozumieć?


M: To, co pan traktuje jako jaźń w stwierdzeniu „ja jestem", nie jest panem. Wiedzieć, że się jest, to rzecz naturalna, ale wiedzieć czym się jest, to wynik wielu dociekań. Najpierw musi pan zbadać całe pole swej świadomości, potem będzie pan mógł pójść dalej. Dobrze by też było znaleźć właściwego nauczyciela, co by sprzyjało pańskiemu rozwojowi. Ogólnie mówiąc, są dwie drogi. Można związać się z kimś, kto zna Prawdę i poddać się jego kierownictwu oraz wpływowi, albo trzeba znaleźć przewodnika w sobie, iść wiernie za własnym wewnętrznym światłem tam, dokąd ono prowadzi. Człowiek uczy się przez naśladownictwo albo przez własny twórczy wysiłek, na drodze biernej lub czynnej. Niech pan pozwoli, aby pokierowała panem potęga miłości uosobiona w pańskim guru, albo też sam zdobędzie się na odkrywanie i idzie za swoją gwiazdą. W obu przypadkach potrzebna jest rzetelność i poważne podejście. Spotkać kogoś w pełni godnego zaufania, komu by można było podporządkować się całkowicie, bez zastrzeżeń, to bardzo rzadkie szczęście. Większość ludzi musi obrać drogę trudniejszą, drogę samodzielnego wgłębiania się i rozumienia, rozpoznawania i bezstronności (wiweka - wajragja). Ta droga jest dostępna dla każdego.


R: Dobrze się stało, że tutaj przyszedłem. Jutro wyjeżdżam, ale ta jedna rozmowa może zdecydować o całym moim życiu.


M: Gdy raz pan stwierdzi, że pragnie poznać Prawdę, odbije się to głęboko na dalszym pańskim losie, na całym pańskim życiu. Wyobrażenia i nawyki, uczucia i emocje, zamiary i decyzje ulegną radykalnej zmianie. Przestaną panem kierować pragnienia i lęk.


R: Skoro już postanowiłem odkryć rzeczywiste, to jaki jest następny krok?


M: Zależy to od pana usposobienia oraz indywidualności. Jakąkolwiek drogę pan obierze, przy rzetelnych wysiłkach doprowadzi ona pana do celu. Decydującym czynnikiem jest żarliwość.


R: Co jest źródłem żarliwego dążenia?


M: Jest nim tkwiący w panu instynkt; ten sam, który sprawia, że ptak powraca do swego gniazda a ryba odnajduje swój rodzimy potok górski. Gdy owoc dojrzeje, nasienie trafia do ziemi. Potrzebna jest tylko dojrzałość.


R: Co uczyni mnie dojrzałym? Chyba długi ciąg doświadczeń?


M: Posiada pan wszystkie potrzebne doświadczenia, w przeciwnym razie nie trafiłby pan tutaj. Nie musi pan gromadzić więcej doświadczeń, ale wyjść poza nie. Mnożenie doświadczeń nie wyprowadzi pana z ich kręgu. Nie pomogą panu także książki. Owszem, wzbogacą one pański umysł, ale pana wewnętrzna istota pozostanie nietknięta. A gdyby pan spodziewał się korzyści po swoim szukaniu - materialnych, intelektualnych lub innych - byłoby to zasadnicze nieporozumienie. Prawda nie daje korzyści. Nie zapewnia lepszej pozycji ani władzy nad innymi. Jedyne co pan uzyska, to właśnie prawdę i wolność od fałszu.


R: Z pewnością poznanie prawdy umożliwia panu pomaganie innym.


M: To złudzenie, jakkolwiek szlachetne! W rzeczywistości nie pomagamy innym, bo nie ma innych. Dzieli pan ludzi na szlachetnych i nieszlachetnych, oczekując, że jedni będą wspierali drugich. Segreguje pan, ocenia, osądza, potępia, i tak w imię prawdy niszczy pan ją. Samo pragnienie aby prawdę ująć w schematy, już od niej oddala. Prawda nie mieści się w słowach. Prawdę wyrażamy przez czynne zaprzeczenie fałszu. Trzeba ujrzeć fałsz jako fałsz (wiweka) i go odrzucić (wjaragja). Uwolnienie się od fałszu potęguje siły i otwiera drogę do doskonałości.


R: Kiedy człowiek wie, że odkrył prawdę?


M: Gdy w jego umyśle nie pojawia się myśl, że to lub tamto jest prawdą. Prawda nie wymaga potwierdzenia. Gdy umysł nie widzi fałszu, szukanie prawdy jest bezowocne. Musimy dojść do pełni zrozumienia, aby prawda mogła w nas zaświtać.


R: Ale co jest fałszem?


M: Napewno to, co nie istnieje.


R: Ależ fałsz istnieje, jest faktem tak konkretnym i namacalnym jak kamień!


M: To, co sobie zaprzecza, nie istnieje realnie. Albo też istnieje tylko chwilowo, gdyż ma początek i koniec, formę i nazwę nadaną przez umysł. To umysł stwarza niezliczone nazwy i kształty bez istoty i treści.


R: Jeśli wszystko, co przemija, nie istnieje, to nie istnieje również wszechświat.


M: Oczywiście, wszechświat nie jest rzeczywisty.


R: W takim razie co istnieje?


M: To, co w swoim istnieniu nie jest uwarunkowane, co nie pojawia się wraz z pojawianiem się wszechświata, nie kończy się z jego końcem. To, co nie potrzebuje żadnych uzasadnień, co obdarza istnieniem wszystko, z czym się styka. Cechą fałszu natomiast jest to, że wydaje się on chwilowo czymś rzeczywistym i ludzie uważają go za brata prawdy. Ograniczony czasem i przestrzenią fałsz jest wytworem okoliczności.


R: Jak mam wyjść z kręgu pozorów i dotrzeć do tego, co rzeczywiste?


M: W jakim celu?


R: Aby prowadzić lepsze życie, dające więcej satysfakcji, harmonijne i szczęśliwe.


M: Cokolwiek wyobraża sobie umysł, musi to być fałszem, gdyż jest z konieczności względne i ograniczone. Rzeczywiste przerasta umysł. Prawdy należy pragnąć dla niej samej, a nie ze względu na taki czy inny cel.


R: Jak można pragnąć tego, czego pojąć nie sposób?


M: A cóż innego warte jest pragnienia? Ma pan jednak rację, że tego, o czym mówimy, nie można pragnąć w ten sam sposób, jak się pożąda rzeczy. Wystarczy traktować to, co nierzeczywiste, jako nierzeczywiste. Rozpoznanie fałszu otwiera drogę do prawdy.


R: Rozumiem. Ale jak to się przejawia w codziennym życiu?


M: Nastawienie na własne korzyści i zaniknięcie się w sobie - oto główne znamiona fałszu. Życie upływa ludziom między trwogą a pożądaniem. Niech pan wytropi w swych czynach samolubne pobudki i tak długo im się przygląda, aż się rozpłyną.


R: Aby żyć, człowiek musi dbać o swoje sprawy. Musi zarabiać na życie.


M: Dotychczas jeszcze pan pieniędzy nie zarabiał, ale pewnie będzie pan musiał to czynić - dla kobiety, dla dziecka. Trzeba będzie się trudzić dla dobra innych. Nawet trwanie przy życiu może być ofiarą. Czy koniecznie trzeba kierować się dobrem własnym? Proszę patrzeć szerzej, uwolnić się od samolubnych motywów, a nie będzie pan musiał szukać prawdy. Prawda znajdzie pana.


R: Ale każdy ma przecież jakieś minimum potrzeb.


M: Czyż nie były one zaspokajane od chwili pańskiego poczęcia? Proszę zrzucić z siebie więzy egocentryzmu i stać się tym, kim pan jest: Jaźnią Najwyższą i miłością.


R: Ależ trzeba zachować życie!


M: Nie może pan nie istnieć! Pan prawdziwy jest poza czasem, poza narodzinami i śmiercią. Ciało utrzyma się tak długo, jak będzie trzeba. Nie jest sprawą ważną, aby długo żyć. Życie pełne jest lepsze od długiego życia.


R: Kiedy można powiedzieć, iż życie jest pełne? To zależy od tradycji i kultury.


M: Jeśli szuka pan prawdy, musi pan wyzwolić się od wszelkich środowisk, kultur, wzorów myślenia i doznawania. Niech pan nie myśli o sobie nawet w kategoriach mężczyzny ani człowieka. Bezmiar życia obejmuje wszystko, nie tylko ludzi. Tak więc proszę zaniechać wszelkiego samookreślania, myślenia o sobie takim czy innym. Niech pan odrzuci troskę o własny dobrobyt, nawet troskę o własny poziom duchowy. Wolny od nacisku pragnień, tak niższych jak i wyższych, niech pan nie wyznacza sobie zadań, nie planuje osiągnięć. Jest pan doskonały teraz i tutaj, nie brak panu niczego. l Nie znaczy to, że ma pan być nierozumny lub naiwny, lekkomyślny czy niedbały. Musi pan tylko wyjść poza tę uporczywą troskę o własną osobę. Potrzeba panu jedzenia, ubrania i mieszkania dla siebie i bliskich i nie przysporzy to panu problemów tak długo, jak długo zachłanności nie potraktuje pan jako potrzeby. Niech pan działa w zgodzie z życiem, nie zniekształcając go swymi wyobrażeniami.


R: Kim jestem, jeśli nie człowiekiem?


M: To, co sprawia, że myśli pan o sobie jako o człowieku, nie jest człowiecze. Może pan o sobie stwierdzić tylko tyle: „jestem". Jest pan czystym bytem, Najwyższą Świadomością i szczęśliwością. Uświadomienie sobie tego stanowi kres wszelkich poszukiwań. Osiągnie pan stan, w którym ujrzy pan wszystko, co sobie przypisuje jako imaginację. Stanie pan z dala od zgiełku z jasną świadomością przemijalności tego, co przemijające i nierealności tego, co nierzeczywiste. Nie jest to zadanie trudne, ale niezbędny jest wewnętrzny spokój i dystans. Przywiązanie do fałszu sprawia, że trudno jest ujrzeć prawdę. Gdy zrozumie pan, że fałsz zależy od czasu, a co zależy od czasu jest fałszem, wówczas zbliży się pan do rzeczywistości, która jest poza czasem. Wieczność w czasie to tylko powtarzalność, jak ruch zegara. Płynie ona od przeszłości ku przyszłości nieprzerwanie. Przeszłość i przyszłość są wytworem umysłu. Jeśli potrzeba panu czasu na spełnienie, musi w tym być fałsz. Rzeczywiste zawsze panu towarzyszy; nie musi pan czekać aby być tym, kim pan jest. Nie może pan tylko pozwolić umysłowi, żeby podążał gdzieś w poszukiwaniach, odłączywszy się od pana. Gdy ma pan na coś ochotę, proszę zastanowić się, czy jest to naprawdę potrzebne. Jeśli odpowiedź będzie negatywna, niech pan z tego zrezygnuje.


R: Czy nie wolno mi być szczęśliwym? Może się okazać, że coś nie jest niezbędne, ale sprawi mi radość. Czyż nie lepiej to zdobyć?


M: Nic nie może uczynić pana szczęśliwszym niż pan jest. Pogoń za szczęściem nie czyni człowieka szczęśliwym, lecz raczej nieszczęśliwym. Jedynym szczęściem godnym tego miana jest przyrodzony stan szczęśliwości istoty świadomej.


R: Zapewne muszę przejść przez wiele doświadczeń, zanim osiągnę wysoki poziom świadomości.


M: Doświadczenia zostawiają po sobie tylko ciąg wspomnień, pomnażając i tak już ciężkie brzemię. Nie potrzeba panu więcej doświadczeń. Ale jeśli pan pragnie ich mimo wszystko, proszę zajrzeć w serca ludzi żyjących wokół pana. Znajdzie pan taką różnorodność doświadczeń, że nie przebrnie przez wszystkie nawet w ciągu tysiąca lat. Niech pan uczy się na cudzych niepowodzeniach, oszczędzając sobie takich przeżyć.


R: A pana własne doświadczenia?


M: Dzieją się wokół mnie różne rzeczy, lecz ja sam nie biorę w tym udziału. Wydarzenie staje się doświadczeniem tylko wtedy, gdy ulegamy mu emocjonalnie. Moje życie jest pełne, nie mam w nim czego poprawiać. Po cóż mi doświadczenia?


R: Ale człowiekowi potrzebna jest wiedza.


M: Gdy się ma do czynienia z rzeczami, potrzebna jest wiedza o rzeczach. Przy obcowaniu z ludźmi niezbędne jest zrozumienie, sympatia i życzliwość. W kontakcie z samym sobą wiedza nie jest potrzebna. Niech pan będzie sobą - świadomą istotą, i siebie nie zdradza.


R: Uważam, że bardzo dobrze mieć uniwersyteckie wykształcenie.


M: Niewątpliwie. Będzie panu łatwiej zarobić na życie. Ale nie nauczy ono pana żyć. Jest pan studentem psychologii. Może się to panu w różnych sytuacjach przydać. Czy można jednak żyć psychologią? Życie jest godne tylko wtedy, gdy wyraża prawdę w działaniu. Żaden uniwersytet nie nauczy pana żyć w taki sposób, aby mógł pan powiedzieć, gdy przyjdzie czas umierania: żyłem dobrze. Ja nie muszę żyć raz jeszcze. Większość z nas umiera, pragnąc ponownych narodzin. Tyle popełnionych błędów, tyle dzieł nie dokonanych. Ludzie wegetują zamiast żyć. Gromadzą doświadczenia i wzbogacają pamięć. Doświadczenie jednak jest sprzeczne z Rzeczywistością, która nie jest zmysłowa ani pojęciowa, cielesna ani umysłowa.


R: A ja uważam, że doświadczenie jest ogromnie przydatne. Dzięki doświadczeniu człowiek uczy się nie dotykać ognia.


M: Jak już powiedziałem, wiedza jest bardzo pożyteczna przy obcowaniu z rzeczami, nie uczy ona jednak, jak postępować z ludźmi i ze sobą. Nie uczy jak żyć. Nie chodzi tu o prowadzenie samochodu ani o zarabianie pieniędzy. Do tego potrzebna jest wiedza. Chcąc jednak samemu być światłem dla siebie, nie znajdzie pan oparcia w wiedzy. Aby być sobą, w prawdziwym sensie tego słowa, potrzeba czegoś znacznie bardziej intymnego i głębszego niż wiedza naukowa. Czyż zewnętrzne życie decyduje o szczęściu? Można zostać stróżem nocnym i żyć szczęśliwie. Ważne jest wnętrze. Mieć w sobie spokój i pogodę ducha! O to zaś jest znacznie trudniej, niż o pieniądze. Żaden uniwersytet nie nauczy pana być sobą. Jedyny sposób to praktyka. Po prostu niech pan zacznie być sobą. Niech pan odrzuci to, czym pan nie jest i wnika coraz głębiej, podobnie jak człowiek, który kopiąc studnię odrzuca wszystko, co nie jest wodą, aż dotrze do wodnych zasobów. Tak i pan musi wyzbywać się tego, co nie jest pańskie, aż nic nie zostanie do odrzucenia. Przekona się pan wtedy, że tego, do czego pan dotarł, nie można pojąć umysłem. Pan jest, po prostu jest. Jest pan punktem świadomości współdziałającym z czasem i przestrzenią, ale ponad jednym i drugim, ostateczną przyczyną, która leży poza wszelkim uwarunkowaniem. Zrozumie pan, że nie jest pan nawet ludzką istotą. Jeśli zapyta mnie pan, kim jestem, odpowiem: nie jestem niczym określonym. Po prostu jestem.


R: Skoro nie jest pan niczym w szczególności, niczym określonym, to musi pan być uniwersalny.


M: Na czym polega uniwersalność - nie jako pojęcie, lecz jako sposób życia? Na tym, by siebie nie odgradzać, nie przeciwstawiać nikomu i niczemu, ale rozumieć i kochać wszystko, z czym się stykamy. To jest uniwersalny sposób życia. Móc powiedzieć szczerze i prawdziwie: ja jestem światem, a świat jest mną, świat jest moim domem, świat jest moim światem. Każde istnienie jest moim istnieniem, każda jaźń jest moją jaźnią, każdy smutek jest mój i moja jest każda radość - oto uniwersalny sposób życia. Jednakże byt rzeczywisty, zarówno mój jak i pana, jest poza wszechświatem i dlatego kategorie szczególności i uniwersalności go nie dotyczą. Jest on w pełni samowystarczalny i niezależny.


R: Trudno mi to pojąć.


M: Niech pan zostawi sobie czas na zrozumienie. Trzeba usunąć z mózgu stary zapis doświadczeń, nie tworząc nowego. Musi pan poznać siebie ponad i poza tym, co zmienne i nietrwałe, jako cichego świadka wszelkich zdarzeń.


R: Czy znaczy to, że powinienem wycofać się z czynnego życia?


M: Bynajmniej. Ożeni się pan, będzie pan miał dzieci, będzie zarabiał na utrzymanie rodziny; wszystko to nastąpi jako naturalny ciąg zdarzeń, bo przeznaczenie musi się wypełnić. Podda mu się pan bez sprzeciwu, stawiając czoła zadaniom. Będzie pan spełniał swoje obowiązki uważnie i starannie, zarówno w drobnych jak i wielkich sprawach. Zasadniczą pana postawą będzie dystans wewnętrzny, nieskończenie dużo dobrej woli bez spodziewania się nagrody, stałe dawanie bez domagania się czegokolwiek dla siebie. W rodzinie będzie pan czymś więcej niż mężem, będzie pan samą miłością, która jednoczy. Będzie pan czystością i dobrocią, wnosić pan będzie wszędzie ład, harmonię, radość. Może się to panu wydawać dziwne, ale po zastanowieniu uzna pan, że to co mistyczne, jest zarazem najbardziej praktyczne i w życiu przydatne, bo czyni życie twórczym i szczęśliwym. Świadomość pańska wzniesie się na wyżyny, z których każdą rzecz widzieć pan będzie jaśniej. Niech pan zda sobie sprawę, że osoba, która się urodziła i która przeminie wraz ze śmiercią, jest nierzeczywista. Proszę pamiętać, że pańskie zmysły, emocje, intelekt, pragnienia i obawy - to nie pan. Niech pan odkryje swą prawdziwą istotę. „Czym jestem?" Oto fundamentalne pytanie wszelkiej filozofii i psychologii. Proszę wniknąć w to pytanie głęboko.


9 lutego 1972 r.


Rozmówca: Urodziłam się w Stanach Zjednoczonych. Ostatnie piętnaście miesięcy spędziłam w aśramie Maharisziego. Obecnie znajduję się już w drodze powrotnej do domu, gdzie oczekuje mnie matka.


Maharaj: Jakie są pani dalsze plany?


R: Chciałabym zdobyć kwalifikacje pielęgniarki, wyjść za mąż i mieć dzieci.


M: Co panią skłania do małżeństwa?


R: Stworzenie ogniska domowego uważam za najwyższą formę dostępnej mi służby społecznej. Oczywiście życie może ułożyć się inaczej. Jestem przygotowana na wszelkie okoliczności.


M: Co pani dało te piętnaście miesięcy spędzonych w aśramie? W jakim stopniu jest pani teraz inna w porównaniu ze stanem, z którym pani tam przybyła?


R: Nie żyję już w strachu. Jestem spokojniejsza.


M: Jakiego rodzaju jest to spokój? Czy spokój posiadania tego, czego się pragnie, czy spokój nie pragnienia tego, czego się nie posiada?


R: Myślę, że z każdego po trochu. Nie było to bynajmniej łatwe do osiągnięcia. Aśram jest miejscem pełnym spokoju, ja jednak wewnętrznie znajdowałam się w stanie śmiertelnej udręki.


M: Jeśli zda pani sobie sprawę z tego, że rozróżnienie pomiędzy wnętrzem i światem zewnętrznym znajduje się tylko w umyśle, to nie będzie pani już się lękać.


R: Taka świadomość rodzi się we mnie, ale i zanika. Niezmienności absolutnej pełni jeszcze nie osiągnęłam.


M: Jak długo pani tak sądzi, musi pani kontynuować swoją sadhanę, aby rozproszyć błędne wyobrażenie o swej niezupełności. Sadhana usuwa nakładające się oddziaływania. Wszystkie udręki znikną, gdy przekona się pani, że jest czymś mniejszym jeszcze niż punkt w przestrzeni i w czasie, że jest czymś zbyt małym, aby można było panią zranić, i czymś zbyt przemijającym, aby można było panią uśmiercić. Gdy stanie się pani mniejsza niż koniuszek igły, wtedy igła nie będzie mogła pani przebić - to pani przebije igłę.


R: Tak, i dlatego czuję się niekiedy nieustraszona. Jestem czymś większym - jestem samą nieustraszonością.


M: Co skłoniło panią do zamieszkania w aśramie?


R: Przeżyłam nieszczęśliwą miłość i bardzo cierpiałam. Nie pomógł mi ani alkohol, ani narkotyki. Szukałam wyjścia po omacku i wtedy wpadły mi w ręce książki o jodze. Tak więc od książki do książki, od jednego śladu do drugiego i wylądowałam w aśramie.


M: Biorąc pod uwagę pani stan dzisiejszy: gdyby zdarzyła się pani taka sama tragedia raz jeszcze, czy cierpiałaby pani tak samo?


R: O nie! Już nie pozwoliłabym sobie na cierpienie. Odebrałabym sobie życie.


M: A więc nie boi się pani śmierci?


R: Boję się umierania, ale nie samej śmierci. Wyobrażam sobie, że umieranie jest bolesne i brzydkie.


M: Wcale tak być nie musi. Śmierć może być piękna i spokojna. Gdy rozumie pani, że śmierć dotyczy tylko ciała, obserwuje pani jak ono ginie, niby niepotrzebne już ubranie.


R: Mój strach przed śmiercią wynika chyba rzeczywiście z nieznajomości rzeczy.


M: Co chwilę ktoś umiera, strach i śmiertelna udręka wiszą nad światem jak chmura. Nic więc dziwnego, że i pani żyje w lęku. Gdy jednak posiądzie pani wiedzę o tym, że tylko ciało ginie, a nie ciągłość pamięci i poczucie „jestem" odbijające się w niej, nie będzie już miejsca na lęk.


R: Umrzyjmy najpierw. Wtedy zobaczymy.


M: Wgłębiwszy się w istotę rzeczy, zrozumie pani, że narodziny i śmierć są tym samym. Życie pulsuje pomiędzy istnieniem i nieistnieniem. Wszystko dla swego dopełnienia czegoś potrzebuje. Urodziła się pani, aby umrzeć, i umrze, aby urodzić się ponownie.


R: A czy postawa pełnego dystansu nie zatrzymuje tego procesu?


M: Wraz z tą postawą uchodzi lęk, ale sam fakt pozostaje bez zmiany.


R: Czy będę musiała powtórnie się narodzić? To byłoby straszne!


M: Nie ma żadnego przymusu. Będzie pani miała to, co zechce. Sama stawia pani sobie cele i doprowadza do ich spełnienia.


R: Czy my sami skazujemy siebie na cierpienia?


M: Wzrastamy dzięki poznawaniu, a do tego potrzebujemy doświadczeń. Mamy skłonność do powtarzania tego, czego nie zrozumieliśmy. Człowiek wrażliwy a mądry nie musi cierpieć. Ból jest wołaniem o skupienie się i karą za ospałość. Jedynym środkiem zaradczym jest inteligentne i współczujące działanie.


R: Właśnie dlatego, że zmądrzałam, nie zgodziłabym się na powtórne cierpienie. A co złego jest w samobójstwie?


M: Nie byłoby nic złego, gdyby samobójstwo rozwiązywało problem. Cóż jednak będzie, jeśli nie rozwiąże? Cierpienie spowodowane przez takie zewnętrzne czynniki, jak bardzo bolesna lub nieuleczalna choroba, albo też klęska trudna do zniesienia, może stanowić pewne usprawiedliwienie, ale samobójstwo niczego nie załatwia, gdy człowiekowi brak mądrości i współczucia. Nierozsądna śmierć oznacza równie nierozsądne ponowne narodziny. Istnieje także kwestia karmy. Najmądrzejszą postawą jest z reguły cierpliwość.


R: Czy cierpliwym należy być nawet wtedy, gdy cierpienie jest ostre i beznadziejne?


M: Cierpliwość to rzecz jedna, a bezradność wobec bólu nie do zniesienia to rzecz druga. Cierpliwość ma głęboki sens i jest owocna, podczas gdy męczarnia nie ma sensu.


R: Po co martwić się o karmę? Przecież ona spełnia się sama.


M: Nasza karma na ogół jest kolektywna. Cierpimy za grzechy innych, a inni cierpią za nasze grzechy. Ludzkość jest jedna. Nieznajomość tego faktu niczego nie zmieni. Moglibyśmy być bardziej szczęśliwi, ale za cenę obojętności wobec cierpienia bliźnich.


R: Wydaje mi się, że jestem teraz znacznie bardziej wrażliwa.


M: O kim pani mówi? O sobie jako istocie zamkniętej w kobiecym ciele?


R: Istnieje ciało, ale istnieje również współczucie, a także pamięć i mnóstwo rzeczy oraz postaw. Wszystko to razem nazwałabym sobą.


M: Włączając w to poczucie „jestem"?


R: Idea „jestem" podobna jest do koszyka zawierającego wiele rzeczy, które w sumie składają się na osobę.


M: A może jest ona raczej nicią, z której koszyk jest upleciony? Gdy myśli pani o sobie jak o kobiecie, czy ma pani na myśli, że sama jest kobietą, czy też że ciało pani jest określane jako kobiece?


R: To zależy od nastroju. Czasem czuję się tak, jakbym była tylko ośrodkiem świadomości.


M: A może oceanem świadomości? Czy przeżywa pani nieraz takie chwile, gdy nie czuje się mężczyzną ani kobietą, ani niczym innym spowodowanym przez okoliczności lub warunki?


R: Są takie chwile. Ale jestem zbyt nieśmiała, żeby o tym mówić.


M: To mi wystarcza. Nie musi pani mówić więcej.


R: Czy mogę zapalić papierosa w pańskiej obecności? Podobno zwyczaj nie pozwala na palenie w obecności mędrca, zwłaszcza kobiecie.


M: Ależ proszę zapalić, nikt nie będzie miał do pani pretensji. My to rozumiemy.


R: Chciałabym trochę ochłonąć.


M: Europejczykom zdarza się często, że po napięciu spowodowanym sadhaną przeładowani są energią i gorączkowo szukają dla niej ujścia. Organizują wspólnoty, stają się nauczycielami jogi, żenią się, piszą książki, robią mnóstwo rzeczy - zamiast po prostu zachować spokój i skierować swą energię ku wnętrzu, gdzie by znaleźli źródło swej nieograniczonej energii, ucząc się nią kierować.


R: Przyznaję, że po powrocie i ja chciałabym prowadzić życie bardzo aktywne. Czuję się pełna energii.


M: Może pani robić, co się podoba, byle tylko nie utożsamiała pani siebie z ciałem i umysłem. Chodzi tu nie tyle o faktyczne odrzucenie swego ciała i wszystkiego, co się z nim wiąże, ale o jasne pojmowanie, że nie jest pani ciałem, o dystans, o brak emocjonalnego zaangażowania.


R: Wiem, o co panu chodzi. Około czterech lat temu przeszłam przez okres odrzucania wszystkiego, co fizyczne. Nie chciałam kupować sobie ubrania, jadłam najprostsze potrawy, spałam na gołych deskach. Ważna w tym była nie tyle faktyczna niewygoda, co zasada akceptowania niedostatku. Teraz rozumiem, że najdoskonalszą prostotą jest witanie życia takiego, jakie przychodzi, i pokochanie wszystkiego, co ono daje. Z radosnym sercem przyjmę każde wydarzenie i zrobię z niego najlepszy użytek. Jeśli nie będę mogła uczynić niczego więcej niż dać kilkorgu dzieciom życie i prawdziwą kulturę, to i tak dosyć. Naprawdę moje serce kieruje się do każdego dziecka, ale po wszystkie sięgnąć nie mogę.


M: Jest pani mężatką i matką tylko wtedy, gdy żyje pani ze świadomością dwójni „mężczyzna-kobieta". Gdy nie utożsamia pani siebie z ciałem, życie rodzinne ciała, jakkolwiek by ono było intensywne i interesujące, staje się tylko grą na ekranie umysłu, zaś światło czystej świadomości jest jedyną rzeczywistością.


R: Dlaczego pan uważa świadomość za jedyny byt realny? Czyż trwały przedmiot świadomości nie jest tak samo realny?


M: Rzecz w tym, że on nie trwa. Chwilowy byt jest czymś wtórnym, zależy od tego, co jest poza czasem.


R: Czy ma pan na myśli ciągłość, czy też trwałość?


M: W istnieniu nie ma ciągłości. Ciągłość zakłada identyczność w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Identyczność taka nie jest możliwa, ponieważ same sposoby identyfikacji są płynne i zmienne. Niech pani odrzuci wszelkie pojęcia czasowości i trwałości, ciała i umysłu, mężczyzny i kobiety - i co wtedy pozostanie? Czymże będzie umysł, gdy zaniecha się dzielenia go na różne sposoby? Nie mówię oczywiście, że nie należy dostrzegać różnic - bez nich nie byłoby żadnej manifestacji.


R: Gdy siebie nie izoluję, żyję szczęśliwie i w spokoju. Lecz jakoś tracę tę postawę i zaczynam szukać szczęścia poza sobą. Nie rozumiem dlaczego mój wewnętrzny spokój nie jest stały.


M: Spokój jest ostatecznie także stanem umysłu.


R: Poza umysłem jest milczenie. O tym nie da się niczego powiedzieć.


M: Tak, wszystko, co się mówi o milczeniu, jest po prostu hałasem.


R: Dlaczego szukamy szczęścia na zewnątrz - nawet wtedy, gdy już zakosztowaliśmy naszej naturalnej, spontanicznej szczęśliwości?


M: Gdy umysł zaangażowany jest w troskę o ciało, szczęście znika. Aby je odzyskać, ludzie szukają przyjemności. Pęd do szczęścia jest słuszny, ale środki stosowane do jego osiągnięcia są zwodnicze - niszczą one prawdziwe szczęście.


R: Czy przyjemność jest zawsze czymś złym?


M: Właściwy stan i właściwe używanie umysłu oraz ciała są bardzo przyjemne. Złe jest poszukiwanie przyjemności. Niech pani nie próbuje uczynić siebie szczęśliwą, ale zbada raczej swoje dążenie do szczęścia. Przecież dlatego chce pani być szczęśliwa, że nie jest szczęśliwa. Proszę zbadać, dlaczego nie jest pani szczęśliwa. Nie będąc szczęśliwa, szuka pani szczęścia w przyjemnościach. Przyjemność powoduje przykrości, i dlatego nazywa to pani zewnętrznym szczęściem. Tęskni pani do innych przyjemności, bezbolesnych, które nazywa boskimi. W rzeczywistości zaś przyjemność jest tylko wytchnieniem wśród bólu. Szczęście jest zarówno wewnątrz wszystkiego, co się zdarza, jak i poza tym. Niech pani nie wprowadza tu rozróżnień, nie rozdziela tego, czego nie można rozdzielić, i nie doprowadza do wyobcowania siebie z życia.


R: Jak dobrze pana teraz rozumiem! Przed moim pobytem w aśramie dręczyło mnie sumienie, ciągle siebie oceniałam. Teraz jestem całkowicie odprężona, w pełni siebie akceptuję. Gdy powrócę do domu, przyjmę życie takie, jakie będzie, wraz z jego goryczami i słodyczami. Jest to jedna z rzeczy, których nauczyłam się w aśramie: ufać Bhagawanowi (Maharisziemu). Przedtem taka nie byłam. Nie umiałam ufać.


M: Ufając Bhagawanowi, ufa pani sobie. Proszę sobie uświadomić, że wszystko, co się zdarza, zdarza się pani, przez panią i w pani, że sama jest pani twórcą, użytkownikiem i niszczycielem wszystkiego, co do pani przenika - a niczego nie trzeba będzie się obawiać. Nie mając obaw, nie będzie pani nieszczęśliwa ani nie będzie pani poszukiwała szczęścia. W zwierciadle pani umysłu pojawiają się i znikają wszelkiego rodzaju obrazy. Wiedząc, że są one bez reszty pani własnym dziełem, proszę obserwować w milczeniu, jak przychodzą i odchodzą - czujnie ale w spokoju. Ta postawa cichego obserwatora jest prawdziwą postawą jogi. Widzi pani obraz, ale sama nim nie jest.


R: Wydaje mi się, że myśl o śmierci przeraża mnie dlatego, że nie chcę powtórnie się urodzić. Wiem, że nikt mnie do tego nie zmusza, ale nacisk nie spełnionych pragnień mnie przytłacza. Może nie będę mogła mu się oprzeć?


M: Nie chodzi tutaj o opór. To, co się odradza lub się rodzi, nie jest panią. Niech się to zdarza, a pani będzie tylko obserwatorem.


R: Po cóż więc w ogóle angażować się?


M: Przecież jest pani zaangażowana. I będzie zaangażowana tak długo, jak długo obraz wchodzić będzie w kolizję z pani własnym poczuciem prawdy, miłości i piękna. Pragnienie harmonii i spokoju nie da się wykorzenić. Gdy jednak zostanie spełnione, uwaga się odwraca i życie fizyczne płynie dalej już bez wysiłku. Wówczas będąc nawet w ciele, nie będzie pani urodzona. Jest dla pani obojętne, czy ma pani ciało, czy go nie ma. Osiąga pani stan, w którym nic nie może się pani przydarzyć. Nie mając ciała, nie może pani być uśmiercona. Nie mając majątku, nie może pani być obrabowana. Nie mając umysłu, nie może być pani wprowadzona w błąd. Nie będzie punktu zaczepienia dla pożądania czy lęku. A gdy żadna zmiana nie będzie mogła się pani wydarzyć - cóż innego będzie miało jeszcze znaczenie?


R: A jednak nie lubię myśli o umieraniu.


M: To dlatego, że jest pani taka młoda. Im lepiej będzie pani siebie znała, tym mniej będzie się bać. Oczywiście nie jest przyjemnie patrzeć na przedśmiertną agonię, ale człowiek umierający rzadko bywa przytomny.


R: Czy powraca on do świadomości?


M: Stan ten najbardziej podobny jest do snu. Przez pewien czas człowiek ma wyłączoną świadomość, ale potem ona wraca.


R: Czy jest to ta sama osoba?


M: Będąc dziełem okoliczności, osoba z konieczności zmienia się wraz z nimi; podobnie jak płomień, który zmienia się w zależności od paliwa. Tylko sam proces toczy się dalej, tworząc czas i przestrzeń.


R: A więc dobrze! Bóg będzie czuwał nade mną. Niech się dzieje Jego wola.


M: Nawet wiara w Boga jest tylko etapem na drodze. W końcu bowiem odrzuci pani wszystko, bo dojdzie do czegoś tak prostego, że nawet nie będzie słów, aby to wyrazić.


R: Ja dopiero zaczynam. Na początku nie miałam wiary ani ufności. Bałam się samoistnego rozwoju wydarzeń. Świat wydawał mi się miejscem niebezpiecznym i nieprzyjaznym. Teraz mogę przynajmniej stwierdzić, że ufam mojemu guru i Bogu. Niech pan pozwoli mi rosnąć. Proszę mnie nie popędzać. Niech mi wolno będzie posuwać się naprzód tak szybko, jak potrafię.


M: Ależ oczywiście. Tylko, że pani się jeszcze nie posuwa. Tkwi pani nadal w wyobrażeniach mężczyzna - kobieta, stary i młody, życie i śmierć. Proszę to wszystko przekroczyć. Przezwyciężenie dokonuje się dzięki zrozumieniu.


R: Proszę pana, ludzie ciągle uważają za swój obowiązek wynajdywać we mnie błędy i mnie strofować. Jestem już przesycona tym budowaniem duchowego szczęścia. Cóż jest złego we mnie takiej, jaką jestem? Dlaczego mam coś poświęcać dla przyszłości, choćby nawet najwspanialszej? Mówi pan, że rzeczywistość jest teraźniejszością. Kocham moją teraźniejszość, pragnę jej. Nie chcę wiecznie się martwić o swój poziom człowieczy i jego przyszłość. Nie chcę polować na więcej ani uganiać się za tym, co lepsze. Pozwólcie mi kochać to, co mam.


M: Bezwzględnie ma pani rację. Proszę tak postępować. Ale niech pani będzie rzetelna - po prostu kocha to, co ma. Nie wytęża się i nie żyje w napięciu.


R: Oto, co nazywam poddaniem się mojemu guru.


M: Po co wychodzić na zewnątrz? Proszę poddać się własnej jaźni - wszystko jest jej wyrazem.


19 lutego 1972 r.


Rozmówca: Mój przyjaciel, człowiek 25-letni, dowiedział się że jego choroba serca jest nieuleczalna. Napisał do mnie, że woli sam pozbawić siebie życia niż czekać na powolną śmierć Wiadomo mi jednak, że oprócz zachodniej medycyny istnieją również inne sposoby leczenia. Istnieje przecież coś takiego jak potęga jogi, zdolna niemal natychmiast naprawić organizm człowieka. Znane są również cudowne skutki diety głodowej Uprosiłem więc mego przyjaciela, aby się nie spieszył z decyzją; będziemy jeszcze szukać ratunku. Pod Bombajem mieszki pewien jogin posiadający niezwykłe zdolności. Umie on podobno wyzwalać życiodajne siły z organizmu. Znam kilku jego uczniów; posłałem przez nich list i fotografię przyjaciela. Teraz czekam, co z tego wyniknie.


Maharaj: Owszem, cudowne wyzdrowienia są możliwe, ale człowiek musi pragnąć żyć. Bez tego żaden cud się nie wydarzy.


R: A czy można w kimś wzniecić takie pragnienie?


M: Nie byłoby ono naturalne i szybko by się wyczerpało. Właściwie nie można nikogo zmusić do życia. Niektóre społeczności zezwalają na samobójstwo lub traktują je nawet jako czyn chlubny.


R: Czy jednak nie jest obowiązkiem człowieka wytrwać do naturalnego końca swoich dni?


M: W sposób naturalny, łatwy i spontaniczny - tak, niewątpliwie. Choroba i ból nie należą jednak do stanów naturalnych. Trzeba przyznać, że jest coś szlachetnego w niezłomnym znoszeniu swego losu wbrew wszelkim przeciwnościom. Lecz z drugiej strony - czyż nie jest oznaką godności człowieka protest przeciwko bezsensownej męczarni, przeciwko poniżeniu?


R: Czytałem pewną książkę o drodze ucznia do guru. Autor opisuje dziwne, zdumiewające doświadczenia. Jego zdaniem szczęśliwy jest człowiek, który spotkał swego mistrza i postawił do jego dyspozycji wszystko: swoje ciało, umysł i serce. Guru przejmuje wówczas pełną odpowiedzialność za to, co ucznia w życiu spotyka. W końcu jest tak, że obaj stapiają się w jedno. Autor pisze, że ucznia porywa siła, której nie jest w stanie się oprzeć, nad którą nie ma kontroli. Uczeń staje się równie bezwolny jak liść porwany przez wichurę. Jednakże pewność miłości guru i jego dobroczynnej mocy chroni ucznia przed wszelkim upadkiem.


M: Każdy naucza stosownie do własnego doświadczenia. Doświadczenie wyznacza wiarę, z kolei zaś wiara kształtuje doświadczenie. Sam guru jest dziełem ucznia, odpowiada jego wzorom. To uczeń czyni guru wielkim. Jeśli ktoś traktuje guru jako czynnik wyzwalający, jako moc, która działa wewnątrz i na zewnątrz ucznia, to czyż całkowite oddanie mu się nie jest rzeczą naturalną? Kto odczuwa potrzebę pomocy, ten się za nią rozgląda. Człowiek dręczony bólem ufnie powierza siebie chirurgowi. Tak samo uczeń powierza siebie swemu guru. Guru nikomu swojej woli nie narzuca. Jeśli uczeń się waha, jeśli nie ma do guru zaufania, nie znajdzie w nim oparcia; będzie tak wszakże za sprawą ucznia, a nie nauczyciela.


R: I co wówczas dzieje się z człowiekiem?


M: Gdy inne możliwości zawodzą, uczy go samo życie. To jednak wymaga czasu. Kto umie darzyć wiarą i być posłusznym, skraca i ułatwia sobie drogę. Możliwe to jest tylko, gdy człowiek ma w sobie jasność i spokój. Człowiek, któremu brak wiary w siebie, który sam siebie nie ceni, nie będzie umiał zaufać drugiej istocie, tak samo jak nie umie zaufać sobie Toteż nauczyciel stara się wzmocnić w uczniu świadomość jego własnej wartości. Uczeń powinien mieć pewność swego szczytnego powołania, swej szlachetności, świętości swej istoty Nauczyciel przekazuje uczniowi doświadczenia różnych mędrców i swoje własne, uprzedza o początkowych trudnościach i daje wizję wspaniałej dalszej drogi, wpajając uczniowi wiarę w swe nieograniczone możliwości. Jeśli człowiek wierzy w siebie i w swego nauczyciela, następują szybkie i zasadnicze zmiany.


R: Dlaczego ja miałbym pragnąć zmian? Moje życie - takie jakie jest - jest dobre.


M: Mówi pan to, nie zdając sobie sprawy, ile jest w pańskim życiu braków. Jest pan jak dziecko, które śpi ze smoczkiem w ustach. Może jest pan w tej chwili zadowolony, ale wystarczy rozejrzeć się po ludzkich twarzach, aby sobie uświadomić wszechobecność cierpienia. Czyż pańskie szczęście nie jest kruche, chwiejne, zależne od przypadku? Czy ostanie się wobec bankructwa firmy albo choroby wrzodowej żołądka? Takie szczęście jest tylko chwilą wytchnienia, małą przerwą między dwiema klęskami. Prawdziwego szczęścia nic nie obali. Prawdziwe szczęście jest niezależne od zmienności wypadków.


R: Może dzieli się pan ze mną własnym doświadczeniem? Czy pan również bywa nieszczęśliwy?


M: Ja nie mam żadnych własnych trosk ani problemów. Ni świecie jednak pełno jest istot, które miotają się między trwogą i pożądaniem. Ludzie przypominają jagnięta pędzone na rzeź: skaczą beztrosko, choć za godzinę będą leżeć martwe odarte ze skóry. Mówi pan o swoim szczęściu. Czy naprawdę jest pan szczęśliwy? Proszę przyjrzeć się sobie uważnie. Pańskie szczęście zależy od czynników zewnętrznych, jest więc chwilowe, przemijające, nierzeczywiste. Prawdziwe szczęście ma swe źródło we wnętrzu człowieka.


R: Jakiż pożytek mógłbym mieć ja z pańskiego rodzaju szczęścia? Mnie ono nie urządza.


M: Moje szczęście może się stać również pańskim, ale trzeba go pragnąć; pan zaś je odrzuca.


R: Ależ ja także pragnę szczęścia!


M: Zadowala się pan jednak przyjemnościami. W takim życiu nie ma miejsca na szczęście. Miejsce musiałby pan dopiero stworzyć.


R: Tak, ciąg przyjemnych zdarzeń właściwie mi wystarcza.


M: Przyjemność łatwo kończy się bólem, a nierzadko klęską. Czym jest joga, jeśli nie poszukiwaniem trwałego szczęścia we własnym wnętrzu?


R: Pan może mówić tylko za ludzi wschodu. My na zachodzie żyjemy inaczej. To, co pan głosi, nie ma dla nas zastosowania.


M: Gdy chodzi o takie zjawiska jak lęk i cierpienie, przestaje istnieć podział na wschód i zachód. Obecność cierpienia i jak się od niego uwolnić - oto problemy wieczne i uniwersalne. Joga jest nauką i sztuką wyzwalania siebie przez dojście do wiedzy o własnej istocie.


R: Nie sądzę, abym ja nadawał się do jogi.


M: A do czego innego człowiek się nadaje? Przecież wszystko, co pan czyni, świadczy o tym, że pragnie pan czegoś więcej niż tkwić w świecie pełnym więzów, które pana krępują. W swej nieświadomości popełnia pan błędy, sprawiając ból sobie i innym. A przecież nosi pan w sobie wielką tęsknotę. Musi pan zdać sobie z niej sprawę i dopuścić ją do głosu. Jest to jak żar ukryty w ładowni z bawełną; może pan o nim nie wiedzieć, ale wcześniej czy później okręt stanie w płomieniach. Wyzwolenie jest procesem naturalnym i w dalszym ciągu nieuchronnym. W pańskiej mocy jest, aby ziściło się ono już teraz, w tej chwili.


R: Dlaczego więc tak mało jest na świecie ludzi wyzwolonych? M: W lesie też ujrzy pan niewiele drzew kwitnących w danym czasie. Na każde jednak drzewo przyjdzie pora. Co uczyni pan, gdy pewnego dnia wyczerpią się zasoby pańskich sił fizycznych i psychicznych? Pewnie będzie pan rozpaczał, potem jednak zacznie pan się zastanawiać, zacznie stawiać pytania. I tak dojrzeje pan do jogi.


R: Uważam, że całe to szukanie i ponure rozmyślanie jest obce naturze.


M: Naturalność człowieka, który tak twierdzi, jest naturalnością kaleki od urodzenia. Może pan nie zdawać sobie sprawy ze swego stanu, ale to nie czyni pana zdrowym. Nie wie pan, czym jest stan normalny, i nawet nie wie pan, że tego nie wie. Daje się pan wciągnąć w wir drugorzędnych spraw i jest w niebezpieczeństwie, bo kto bezwolnie poddaje się rzece, naraża się na utonięcie. Proszę obudzić się i uświadomić sobie, czym pan jest. Wie pan o swoim istnieniu, ale nie wie pan jeszcze, czym jest.


R: Dlaczego na świecie jest tak wiele cierpienia?


M: Odgradzanie się od reszty świata, samolubne skupianie się na sobie - oto przyczyna cierpienia.


4 marca 1972 r.


Rozmówca: Od wczesnych lat życia prześladuje mnie poczucie braku pełni. Od czasów szkoły do uczelni, do warsztatu pracy, do małżeństwa, do dni dostatku - zawsze wyobrażałem sobie, że następna rzecz da mi z pewnością spokój. Ale spokoju nie zaznałem. To poczucie braku spełnienia potęguje się w miarę upływu lat.


Maharaj: Jak długo istnieje ciało i poczucie jedności z ciałem, nie da się uniknąć frustracji. Tylko wtedy, gdy pozna pan siebie jako całkowicie obcego w stosunku do ciała i od niego odmiennego, znajdzie pan wytchnienie od splotu lęku i pragnień, który zawsze towarzyszy przekonaniu „jestem ciałem". Samo uśmierzanie lęków i zaspokajanie pożądań nie usunie pustki, której próbuje pan się pozbyć. Tylko samopoznanie może panu pomóc. Pod słowem „samopoznanie" rozumiem pełną wiedzę o tym, czym pan nie jest. Taka wiedza jest osiągalna i jest skończona, natomiast odkrywanie tego, czym się jest, nie może mieć końca. Im więcej się odkrywa, tym więcej pozostaje do odkrywania.


R: Aby to osiągnąć, trzeba mieć innych rodziców, inne szkoły, a także żyć w innym społeczeństwie.


M: Nie może pan zmienić swoich warunków życiowych, ale może pan zmienić swoją postawę. Nie trzeba przywiązywać wagi do tego, co nieistotne. Tylko to, co konieczne, jest dobre. Spokój można znaleźć tylko w tym, co istotne.


R: Ja szukani prawdy, a nie spokoju.


M: Nie może pan ujrzeć prawdy, zanim nie osiągnie pan spokoju. Spokój umysłu ma podstawowe znaczenie dla prawidłowego postrzegania, a ono z kolei jest niezbędne dla samorealizacji.


R: Mam tak wiele do zrobienia. Po prostu nie mogę sobie pozwolić na utrzymanie umysłu w spokoju.


M: To z racji złudzenia, że pan jest sprawcą. W rzeczywistości rzeczy dzieją się wobec pana, a nie przez pana.


R: Jeśli pozwolę, aby rzeczy działy się same przez się, jakże mogę być pewny, że będą one służyć moim celom? Jasne jest, że muszę naginać je do moich zamierzeń.


M: Pańskie pragnienia po prostu zdarzają się w toku ich realizacji, na który nie ma pan żadnego wpływu. Może się panu wydawać, że dokłada pan starań, że wytęża siły i walczy. W rzeczywistości wszystko po prostu dzieje się, łącznie z wynikami pańskiej pracy. Nic się nie dzieje przez pana czy dla pana. Wszystko znajduje się w obrazie, nic w świetle; razem z tym, co pan uważa za własną osobę. Pan jest tylko światłem.


R: Jeśli jestem tylko światłem, jak mogłem zapomnieć o tym?


M: Pan nie zapomniał. To tylko w obrazie na ekranie pan zapomina, a potem przypomina sobie. Pan nigdy nie przestanie być człowiekiem, chociaż we śnie może pan być tygrysem. Podobnie jest pan czystym światłem pojawiającym się jako obraz na ekranie i stanowiącym jedność z nim.


R: Skoro wszystko się dzieje, dlaczego miałbym się czymś przejmować?


M: Właśnie! Wolność jest wolnością od zmartwień. Gdy pan zda sobie sprawę, że nie może wpływać na wyniki zdarzeń, przestanie pan zwracać uwagę na swoje pragnienia i niepokoje. Niech pan ich nie podtrzymuje swoim zainteresowaniem i uwagą.


R: Jeśli odwrócę uwagę od tego, co się dzieje, z czego się utrzymam?


M: To tak, jakby pan pytał: „Co będę robił, gdy przestanę spać?" Niech się pan przekona. Nie należy myśleć o tym, co dalej. Zawsze coś się dzieje dalej. Życie ani się zaczyna, ani kończy; nieruchome - jest w ruchu, chwilowe - trwa. Tak jak światła nie można wyczerpać żadną ilością wyświetlanych obrazów, tak i życie wypełnia każdy kształt aż do końca, po czym wraca do źródła, gdy dany kształt przestaje istnieć.


R: Jeśli życie jest tak wspaniałe, to jak mogło dojść do powszechnej ignorancji?


M: Chce pan leczyć chorobę bez uprzedniego zbadania pacjenta. Zanim pan będzie pytał o ignorancję, niech pan najpierw zapyta, kto jest tym ignorantem. Gdy pan stwierdza o sobie, że jest ignorantem, chodzi w istocie o to, że ignorancja przesłoniła rzeczywisty stan pańskich myśli i uczuć. Jeśli pan jednak zbada, jak one powstają, poświęcając im pełną uwagę, przekona się pan, że nie ma niczego takiego jak ignorancja, lecz jest tylko brak uwagi. Niech pan zwróci uwagę na to, co pana niepokoi, i to wszystko. Ostatecznie zmartwienie jest bólem psychicznym, a ból jest zawsze wezwaniem do uwagi. Z chwilą gdy uwaga się pojawia, wołanie o nią ustaje, a problem ignorancji przestaje istnieć. Zamiast oczekiwać odpowiedzi na swoje pytania, niech pan zastanowi się nad tym, kto stawia pytanie i dlaczego je stawia. Szybko dojdzie pan do wniosku, że to umysł pobudzany przez lęk przed bólem stawia pytanie, zaś w lęku decydującą rolę odgrywa pamięć oraz antycypacja, przeszłość i przyszłość. Uwaga sprowadza człowieka na grunt teraźniejszości, do tego, co dzieje się teraz, a obecność teraźniejszości jest zawsze w zasięgu ręki, chociaż rzadko uświadamiana.


R: Sprowadza pan sadhanę do zwykłej uwagi. Jak to się dzieje, że inni nauczyciele uczą sadhan złożonych, trudnych i wymagających dużego nakładu czasu?


M: Guru uczą zazwyczaj tych sadhan, poprzez które sami osiągnęli swój cel, jakikolwiek byłby to cel. Jest to zupełnie naturalne, ponieważ najlepiej znają swoją własną sadhanę. Mnie nauczono zwracać uwagę na odczucie „jestem" i przekonałem się o wielkiej skuteczności tej metody. Dlatego mogę mówić o niej z całym przekonaniem. Często jednak ludzie przychodzą ze swoim ciałem, mózgiem i umysłem w stanie takiego zniszczenia, deprawacji i słabości, że zdobycie się na nie uprzedmiotowioną uwagę leży poza ich możliwościami. W takich przypadkach właściwszy byłby prosty dowód żarliwości. Powtarzanie jakiegoś słowa oraz wpatrywanie się w jakiś obraz przygotowuje ciało i umysł do głębszego i bardziej bezpośredniego poszukiwania. Zresztą, żarliwość jest i tak niezbędnym, decydującym czynnikiem. Sadhana jest tylko naczyniem, które należy wypełnić aż po brzegi żarliwością, a ta jest niczym innym jak miłością w działaniu. Bo niczego nie można dokonać bez miłości.


R: Kochamy tylko siebie samych.


M: Gdyby tak było - byłoby wspaniale! Kochaj siebie mądrze, a osiągniesz szczyty doskonałości! Każdy kocha swoje ciało, ale niewielu kocha swoją rzeczywistą istotę.


R: Czy moja rzeczywista istota potrzebuje miłości?


M: Pańska rzeczywista istota jest samą miłością, a pańskie liczne miłości są jej odbiciem odpowiadającym danej sytuacji.


R: Jesteśmy egoistami. Znamy tylko miłość własną.


M: Na początek to wystarczy. Niech pan koniecznie życzy sobie dobrze. Niech pan przemyśli, niech pan wyczuje, co jest dla pana naprawdę dobre i dąży do tego z całą gorliwością. Bardzo szybko pan się przekona, że to, co realne, jest pańskim jedynym dobrem.


R: A jednak nie mogę zrozumieć, dlaczego rozmaici guru upierają się przy trudnych i skomplikowanych sadhanach. A może mają rację?


M: Liczy się nie to, co się czyni, ale to, co się osiąga w rezultacie. Ludzie rozpoczynający sadhanę są tak zgorączkowani i niespokojni, że aby utrzymać się na tej drodze, muszą być bardzo czynni. Absorbująca rutyna jest dla nich bardzo przydatna. Po pewnym czasie uspokajają się i temperują swoją aktywność. W ciszy i spokoju zasłona z „ja" opada. To, co z zewnątrz, i wnętrze stają się jednym. Prawdziwa sadhana nie wymaga trudu.


R: Wydaje mi się nieraz, że cała przestrzeń jest moim ciałem.


M: Człowiek skrępowany złudzeniem „jestem tym ciałem" stanowi tylko punkcik w przestrzeni i chwilę w czasie. Gdy kończy się utożsamianie z ciałem, cała przestrzeń i cały czas znajdują się w umyśle, który jest tylko małą zmarszczką na powierzchni świadomości. Świadomość zaś jest tylko odbiciem Świadomości Najwyższej w przyrodzie, substancją wszystkich jej przejawów. Świadomość i substancja są czynnym i biernym aspektem Czystego Bytu, który jest w obu tych aspektach, a także poza nimi. Przestrzeń i czas są ciałem i umysłem kosmicznego bytu. W moim odczuciu, wszystko, co dzieje się w przestrzeni i w czasie, wydarza się mnie; każde doświadczenie jest moim doświadczeniem, każdy kształt jest moim kształtem. Co upodobam sobie dla siebie, staje się moim ciałem, i wszystko, co przydarza się ciału, przenika do umysłu. Ale u podstaw wszechświata jest Świadomość Najwyższa - poza przestrzenią i poza czasem, tu i teraz. Niech pan wie, że to jest pański byt rzeczywisty. I niech pan stosownie do tego działa.


R: Na ile to, za kogo siebie samego uznam, wpłynie na moje działanie? O czynach i tak decydują okoliczności.


M: Okoliczności i warunki rządzą tymi, którzy nie wiedzą. Kto posiadł wiedzę o rzeczywistości, nie jest do niczego zmuszony. Jedynym prawem, któremu jest on posłuszny, jest prawo miłości.


22 kwietnia 1972 r.


Rozmówca: We wszystkich prawie krajach świata organa śledcze stosują praktyki, których celem jest wymuszenie od badanego zeznań, a gdy trzeba - dokonanie zmiany jego osobowości. Stosując specjalne środki nacisku, fizyczne i moralne, łamią one osobowość starą, wprowadzając na jej miejsce nową. Badany słyszy tyle razy, że jest wrogiem państwa i zdrajcą swego kraju, że wreszcie któregoś dnia coś się w nim załamuje i sam zaczyna powtarzać z pełnym przekonaniem, że jest zdrajcą, godnym pogardy buntownikiem zasługującym na najstraszniejsze kary. Uderzyło mnie podobieństwo tego rodzaju „prania mózgu" do praktyk religijnych i jogicznych. Takie same naciski fizyczne i moralne, izolowanie w samotności, ogromne poczucie grzechu, rozpacz i pragnienie ratunku na drodze pokuty i nawrócenia, przyswojenie sobie nowego wzoru własnej osoby i ucieleśnienie tego wzoru. Takie samo powtarzanie innych treściowo formułek, jak na przykład „Bóg jest dobry", „Partia wie najlepiej", „Tylko wiara mnie zbawi". Interesuje mnie, czy w tak zwanych jogicznych lub religijnych praktykach działa ten sam mechanizm. Zmusza się mózg do skoncentrowania się na jakiejś specjalnej idei, z wykluczeniem wszelkiej innej. Koncentrację tę wydatnie się wzmacnia rygorystyczną dyscypliną i niełatwymi do zniesienia ograniczeniami. Ludzie płacą za to wysoką cenę życia i szczęścia, a zaś to, co w zamian uzyskują, nabiera szczególnej wagi. Takie wyreżyserowane nawracanie, jawne czy ukryte, religijne czy polityczne, etyczne czy społeczne, może wydawać się autentyczne i trwałe, a jednak wyczuwa się w nim coś sztucznego.


Maharaj: Ma pan całkowitą rację. Przy tego rodzaju postępowaniu umysł ulega wypaczeniu i popada w bezwład. Jego stan można łatwo przewidzieć: każde poczynanie prowadzi do większego jeszcze zniewolenia.


R: Dlaczego więc zaleca się sadhanę?


M: Dopóki człowiek nie uczyni największego wysiłku, nie może się przekonać, że wysiłek do niczego nie prowadzi. Jaźń tak wierzy w siebie, że nie skapituluje, dopóki nie dozna całkowitej porażki. Samo werbalne uznanie nie wystarcza. Tylko oczywiste fakty mogą wykazać absolutną nicość własnego wyobrażenia o sobie.


R: „Pranie mózgu" doprowadza mnie do obłędu, a guru doprowadza mnie do zdrowia. W obu przypadkach działanie jest podobne, ale motywy i cele są całkowicie różne. Podobieństwo jest tylko werbalne.


M: Wzywanie lub zmuszanie do cierpienia ma w sobie coś z okrucieństwa i przemocy, a owoc przemocy nie może być słodki. Są w życiu sytuacje przykre, których nie można uniknąć i na które człowiek musi być przygotowany. Zdarzają się też sytuacje ohydne, które człowiek stwarza rozmyślnie lub przez zaniedbanie; na nich trzeba się uczyć sztuki niepowtarzania tych samych błędów.


R: Musimy cierpieć, aby uczyć się przezwyciężać ból.


M: Ból jest bólem i trzeba go znieść. Nie ma niczego takiego jak przezwyciężanie bólu i nie jest do tego potrzebna zaprawa. Przygotowywanie się na przyszłość, wyrabianie w sobie odpowiednich postaw, jest oznaką lęku.


R: Gdy umiem poradzić sobie z cierpieniem, jestem od niego wolny, nie boję się go i dlatego jestem szczęśliwy. Podobnie jest z więźniem, który akceptuje nałożoną na siebie karę jako sprawiedliwą i nie buntuje się przeciwko więzieniu i państwu. Wszystkie religie nie robią nic innego, tylko głoszą pogodzenie się z losem i kapitulację. Wzbudza się w nas poczucie winy i odpowiedzialności za wszelkie zło na świecie i wmawia się nam, że jesteśmy jedyną jego przyczyną. Mój problem jest następujący: nie umiem dopatrzeć się większej różnicy pomiędzy „praniem mózgu" a sadhaną, z takim wyjątkiem, że w przypadku sadhany człowiek nie spotyka się z fizyczną przemocą. Natomiast czynnik nacisku poprzez sugestię występuje w obu przypadkach.


M: Sam pan stwierdził, że podobieństwa są powierzchowne. Niepotrzebnie pan się przy nich upiera.


R: Proszę pana, podobieństwa nie są powierzchowne. Człowiek to istota bardzo złożona. Może być jednocześnie oskarżycielem i oskarżonym, sędzią, strażnikiem i katem. Niewiele jest dobrowolności w „dobrowolnej" sadhanie. Człowiek sterowany jest przez siły leżące poza zasięgiem jego wiedzy i kontroli Mój wpływ na przemianę psychiczną jest równie mały jak m fizyczną, z wyjątkiem długiego i przykrego wysiłku, jakim jest joga. Chodzi mi o to: czy pan zgadza się z moim stwierdzeniem, że joga stosuje przemoc?


M: Zgadzam się, że joga oznacza przemoc. Ale ja z kolei nigdy nie jestem za stosowaniem przemocy. Moja droga jest całkowicie pozbawiona gwałtu. To właśnie chcę stwierdzić: jest pozbawiona gwałtu. Niech pan sam wykryje, jaka jest. Ja mówię tylko: pozbawiona jest gwałtu.


R: Nie nadużywam słów. Gdy jakiś guru każe mi medytować przez szesnaście godzin na dobę do końca mego życia, nie mogę tego czynić bez zadawania sobie najcięższego gwałtu. Czy taki guru ma rację, czy nie?


M: To nie nauczyciel stosuje przemoc lecz umysł, który ponadto boi się swojej własnej przemocy. Wszystko, co bierze się z umysłu, jest względne. Byłoby błędem czynić z tego absolut.


R: Jeśli pozostanę bierny, nic nie ulegnie zmianie. Jeśli będę aktywny, muszę stosować przemoc. Co można uczynić, aby nie być biernym ani gwałtownym?


M: Istnieje oczywiście droga ani gwałtowna, ani niegwałtowna, a jednak wysoce skuteczna. Niech pan spojrzy na siebie samego, niech pan zobaczy, jaki pan jest i takiego siebie zaakceptuje, a potem zgłębi, czym pan jest. Gwałt i jego przeciwieństwo określają pańską postawę wobec innych. Jaźń w stosunku do siebie samej nie jest gwałtowna ani niegwałtowna, nie jest świadoma siebie samej ani nieświadoma. Jeśli siebie zna, wszystko, co uczyni, będzie właściwe, jeśli siebie nie zna, wszystko, co uczyni, będzie niewłaściwe.


R: Co pan ma na myśli mówiąc: „znam siebie takiego, jakim jestem"?


M: Jestem poza umysłem. Formuła „jestem" nie jest myślą w umyśle. To umysł mi się zdarzył, a nie ja umysłowi. A ponieważ czas i przestrzeń są w umyśle, ja istnieję poza czasem i przestrzenią - wieczny i wszechobecny.


R: Czy pan to mówi poważnie? Czy pan naprawdę uważa, że istnieje wszędzie i we wszystkich czasach?


M: Tak. Jest to dla mnie tak oczywiste, jak dla pana jest oczywista swoboda poruszania się. Niech pan wyobrazi sobie drzewo pytające małpę: „Czy naprawdę sądzisz, że możesz poruszać się z miejsca na miejsce?" A małpa odpowiada: „Tak właśnie sądzę".


R: Czy jest pan także wolny od związków przyczynowych? Czy może pan czynić cuda?


M: Sam świat jest cudem. Jestem poza cudami - w pełni normalny. U mnie wszystko zdarza się tak, jak powinno się zdarzać. Nie mieszam się do dzieła stworzenia. Po co mi drobne cuda, gdy największy z cudów dzieje się na moich oczach przez cały czas? Cokolwiek człowiek widzi, widzi swą własną istotę. Niech pan przeniknie głębiej siebie samego i tam szuka. W odkrywaniu siebie nie ma żadnego przymusu. Niszczenie tego, co fałszywe, nie jest gwałtem.


R: Gdy badam siebie samego lub zagłębiam się w sobie z myślą, że będzie to dla mnie korzystne z tego czy innego powodu to i tak uchylam się od tego, czym jestem.


M: Słusznie. Prawdziwe badanie skierowane jest zawsze ku czemuś, a nie od czegoś. Gdy zastanawiamy się, jak coś zdobyć lub jak czegoś uniknąć, nie przeprowadzamy wcale badania. Aby jakąś rzecz poznać, trzeba ją w pełni zaakceptować.


R: Tak. Aby poznać Boga, muszę zaakceptować Boga. Jakie to straszne!


M: Zanim zaakceptuje pan Boga, musi pan zaakceptować siebie samego, a to jest jeszcze straszniejsze. Pierwsze kroki w samoakceptacji nie są bynajmniej przyjemne, bo to, co się spostrzega, nie jest miłym obrazem. Trzeba wielkiej odwagi, aby pójść dalej. Jedyne, co pomaga, to spokój. Niech pan popatrzy na siebie w zupełnym spokoju i nie próbuje siebie oceniać. Gdy pan spojrzy na osobę, o której pan sądził że jest panem, pamiętając, że nie jest pan tym, co pan widzi, to podstawowe pytanie w procesie samopoznania będzie brzmiało "Nie jestem tym - czym zatem jestem?" Nie ma innych dróg wyzwolenia, wszystkie inne zawodzą. Niech pan śmiało od rzuci wszystko, czym pan nie jest, a wtedy prawdziwe "ja" wyłoni się w pełnej chwały pustce, w bezrzeczowości.


R: Świat przechodzi gwałtowne przemiany. Widać to szczegół nie wyraźnie w Stanach Zjednoczonych, ale i w wielu innych krajach dzieje się to samo. Wzrost zbrodni - z jednej stron) a z drugiej - coraz więcej prawdziwej świętości. Powstają wspólnoty, a niektóre z nich odznaczają się wysokim poziomem integracji i dyscypliny. Wygląda to tak, jakby zło samo się niszczyło za pomocą swych własnych sukcesów, jak ogień pochłaniający swoje paliwo, podczas gdy dobro, jak życie, się utrwala.


M: Jak długo dzieli pan zjawiska na dobre i złe, może pan mieć rację. W rzeczywistości dobro staje się złem, a zło - dobrem, dzięki temu, że się uzupełniają.


R: A miłość?


M: Gdy miłość przeradza się w żądzę, prowadzi do zguby.


R: Czym jest żądza?


M: Pamiętanie - wyobrażanie sobie - antycypacja. Jest ona zmysłowa, jest swego rodzaju nałogiem.


R: Czy wstrzemięźliwość (brahmaczarja) jest również w jodze potrzebna?


M: Życie oparte na przymusie i dławieniu uczuć nie jest zgodne z jogą. Pragnienia winny być swobodne, a umysł wolny od pamięci. Osiąga się to drogą zrozumienia, a nie przez postanowienie, które jest tylko inną formą pamiętania. Umysł rozumiejący jest wolny od pragnień i obaw. Kiedy one się pojawiają, trzeba je zrozumieć, a nie dławić i zmieniać.


R: Jak mogę dojść do zrozumienia?


M: Dzięki medytacji. A medytacja to wzmożenie uwagi. Trzeba być w pełni świadomym swego problemu, przyjrzeć mu się ze wszystkich stron, zaobserwować, jak on wpływa na życie. A potem przestać się nim zajmować. Nic więcej nie może pan zrobić.


R: Czy to uczyni mnie wolnym?


M: Będzie pan wolny od tego, co pan zrozumiał. Na pojawianie się zewnętrznych oznak wolności trzeba będzie jeszcze zaczekać, ale zmiany w panu już zaszły. Niech pan nie spodziewa się doskonałości. Nie ma doskonałości w świecie zjawisk. Detale muszą się dotrzeć. Żaden problem nie jest rozwiązany bez reszty, ale może pan wznieść się na poziom, na którym problemy tracą swe znaczenie.


home | my bookshelf | | Rozmowy z M. |     цвет текста   цвет фона   размер шрифта   сохранить книгу

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу