home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



Frankfurt nad Menem, poniedzialek wieczorem

Domagalik nie chce wyprzedza'c mezczyzny! Co's takiego! Nie sadzi Pani, ze odkrusza tym stwierdzeniem duzy kawalek fundamentu z piedestalu, na kt'orym Pani stoi? Wydawalo mi sie, ze kobiety takie jak Pani juz na pierwszym spacerze wiedze, co powinny dosta'c i gdy tego nie dostaja, biora to sobie same? I dopiero wtedy m'owia adieu.

Bardzo milo mnie Pani zaskoczyla. Tym bardziej, ze ten piedestal ustawily dla Pani gl'ownie media i mezczy'zni medi'ow. Moze tylko po to, aby z dolu zobaczy'c, jaka nosi Pani bielizne. Jestem podobnie jak Pani za r'ownouprawnieniem kobiet, ale jednocze'snie jestem takze za podzialem r'ol przypadajacych mezczyznom i kobietom. Podobnie jak Pani uwazam, ze inicjacja pierwszej blisko'sci powinna wyj's'c ze strony mezczyzny. Tak jest naturalnie, bowiem poza nielicznymi wyjatkami tak to ustawila ewolucja. Sufrazystki wychodzily wprawdzie na ulice z antyewolucyjnymi haslami na sztandarach, ale tylko sie tym o'smieszaly. Demonstracjami nie zmieni sie chromosom'ow.

Nie jestem znawca kobiet. Pani zaskoczenie jest nieuzasadnione. To dziennikarze w recenzjach Samotno'sci w Sieci zaczeli poslugiwa'c sie tym terminem, a po wydaniu Zespol'ow napie'c przykleili mi te etykiete na stale do czola. Moje usilne starania, aby ja zdrapa'c, nie przynosza na razie wiekszego skutku. A chce ja zdrapa'c, bo po pierwsze niestety nie nalezy mi sie, a po drugie, mam uczucie, ze tzw. znawstwo kobiet utozsamiane jest przez wielu z pejoratywnym kobieciarstwem. A ja nie jestem kobieciarzem. To, ze w Zespolach napisalem opowiadanie Kochanka w pierwszej osobie liczby pojedynczej rodzaju ze'nskiego nie oznacza, ze znam kobiety. Oznacza tylko, ze podjalem ryzyko, aby opowiedzie'c kobiete tak, jak ja postrzegam. A postrzegam ja jako lepsza cze's'c ludzko'sci, kt'orej mimo wszystko wiedzie sie na 'swiecie gorzej. I to nawet tam, gdzie juz dawno r'ownouprawnienie wpisano zlotymi zgloskami do najwazniejszych akt'ow prawnych. Cokolwiek robia kobiety, musza robi'c to dwa razy lepiej niz mezczy'zni, by zostalo to ocenione cho'c w polowie tak samo dobrze. Na szcze'scie Pani sama wie to lepiej niz ja nie jest to zbyt trudne, prawda? A jednak niesprawiedliwe. Paradoksalnie, w tym wypadku ta niesprawiedliwo's'c tak naprawde spotyka mezczyzn! Bo przy prawdziwym r'ownouprawnieniu kobiety, nie zaniedbujac niczego, moglyby mie'c przeciez dla swoich mezczyzn dwa razy wiecej czasu.

Ponadto wydaje mi sie, iz przygotowywalem sie to tego bardzo uczciwie. Jak naukowiec. Czytalem Angier, Freuda, Junga, Fisher, Wrighta, Domagalik, Graff, Dunin i Horney. Czytalem takze Woolf, Nin, Jelinek i Plath Ale nie tylko przeciez czytalem. Sluchalem kobiet, gdy m'owia o sobie i potem dlugo my'slalem o tym, co powiedzialy. Czasami przy tych opowie'sciach staralem sie nie tylko na nie patrze'c, ale tez w nie zaglada'c Spedzilem popoludnie i wiecz'or u ginekologa we Frankfurcie, aby wszystko wiedzie'c z pierwszej reki. Do dzisiaj walcze troche jak meska feministka z moja niemiecka kasa chorych, aby zaplacila za te wizyte. W niemieckich kasach chorych nie ma bowiem r'ownouprawnienia i mezczyznom odbiera sie prawo do wizyt u ginekologa ('smiech). Studiujac kobieco's'c przed napisaniem swoich ksiazek, nie przygotowywalem emocjonalnego zamachu na nie, a tym bardziej wmawianego mi od czasu do czasu wielkiego, zbiorowego uwiedzenia.

Wzruszyla mnie Pani opowie'scia o swoim ojcu, kt'ory w g'orach w Dzie'n Zaduszny czekal, az zgasna znicze, kt'ore ze soba zabral. Dla mnie Zaduszki to takze dzie'n, w kt'orym chce by'c sam. I nie jestem tego dnia wcale samotny. Moi rodzice zmarli tak dawno, ze mam juz za soba osamotnienie i pustke, kt'ore pozostawili, odchodzac. W Dzie'n Zaduszny chce z nimi porozmawia'c, poradzi'c sie. Chce takze plaka'c. A plaka'c lepiej w samotno'sci

W Dzie'n Zaduszny zawsze przypomina mi sie historia czlowieka, kt'ory praktycznie kazdego dnia zapala komu's znicz.

Pewien mlody biedny lekarz ze Sztumu, kt'ory sko'nczyl studia w Gda'nsku, przyjechal na praktyke do Getyngi. Na sze's'c miesiecy. Do kliniki. Lekarz kochal pewna Agnieszke z Gdyni. Bardzo kochal. Pisal do niej listy. Dzwonil. Praktykujac, czekal na powr'ot. Agnieszka z Gdyni nie czekala, nie pisala i nie telefonowala.

Napisala tylko raz. Po miesiacu. Ze odchodzi od niego.

Lekarz stracil sens zycia.

Zaczal chodzi'c po g'orach w nadziei, ze spadnie, lata'c na motolotni w nadziei, ze silnik zawiedzie. Skaka'c ze spadochronem, w nadziei, ze ten sie nie otworzy. Mial pecha.

Nie spadal w Alpach i Himalajach, silnik nie zawodzil, a spadochrony zawsze sie otwieraly. Jedyne, co zauwazyl, to to, ze w czasie lotu na motolotni i ze spadochronem, wiatr genialnie osusza lzy.

Byl dobrym, zrozpaczonym lekarzem. Nie chcial wraca'c do Polski. Zostal w Getyndze. Przeczytal w gazecie, ze poszukuja lekarzy. Do szpitala dzieciecego. Do dzieci terminalnie chorych na raka. Kolo Heidelbergu.

Wszystko, o czym mozna marzy'c: 'sliczny, nowoczesny szklany dom w parku, tomograf SPIN i tomograf NMR, dwie sale operacyjne, helikopter do dyspozycji. Mieszkanie obok. Duze pieniadze. Etat do 'smierci. Sale naslonecznione. Kolorowe. Obok hotel dla rodzic'ow. Sufity pokryte obrazami. Mi's Puchatek, Myszka Miki, Simpsonowie

W takich szpitalach obrazy sa na suficie, a nie na 'scianach, bowiem dzieci w wiekszo'sci ciagle leza i nie maja nawet sily patrze'c na boki. Operuje sie w najnowocze'sniejszych blokach operacyjnych. I bada za pomoca najnowocze'sniejszych urzadze'n. Tylko po to, aby dowiedzie'c sie, czy to miesiac, czy moze jednak 45 dni.

Najwazniejszym miejscem i tak nie jest w tym szpitalu tomograf. Najwazniejszym miejscem jest kaplica. Na poczatku rodzice tam nie chodza. Ale pod koniec sa tam wszyscy. Duza, przestronna, nasloneczniona sala. Pod krzyzem duza, metalowa tablica. Aby magnesem przypia'c do tej tablicy swoje pozegnanie. A przy wej'sciu do kliniki, zaraz za automatycznymi drzwiami jest inna tablica. Wcale nie magnetyczna. Zwykla korkowa. A na niej kolorowymi szpilkami przypiete sa kartki. Stajesz i czytasz, kogo pozegnano ostatniej nocy. Obok kartek z imieniem i nazwiskiem sa male metalowe druciane koszyki przybite do tablicy gwo'zdziem. A w kazdym takim koszyku jest pluszowy misio albo lalka, albo nie ma nic. Gdy nie ma nic, to jest szcze'sliwy dzie'n w tym szpitalu. Mlody lekarz ze Sztumu, kt'orego opu'scila kobieta z Gdyni, juz nie musi lata'c na motolotni. Nie chce juz lata'c.

Nie jest szcze'sliwy. Ale jest potrzebny. Znam go.


Warszawa, niedziela | 188 dni i nocy | c